Jesień sobie posuwa się małymi kroczkami, słoneczko jeszcze nie skąpi swoich promieni, ale nikt nie może rękodzielniczki wybić z ustalonego rytmu. Skoro kalendarz "dyktuje" nam listopadową porę, to trzeba się zabierać do dziergania ciepłych dodatków. Na blogowych ilustracjach coraz więcej widzimy czapek i czapeczek, kominów i szalików. Bawełnę zamieniamy na wełnę, ażury na grubsze wzory. Wszystko jest uzasadnione, bo tak już musi być.
Płynąc razem z prądem też przestawiłam się na dzierganie rzeczy "ogrzewających". Oczywiście jako fizyk muszę sprostować iż nie nosimy rzeczy ogrzewających ludzi, jedynie izolujące nasze ciało od zimnego środowiska. Tak właśnie z moimi pierwszaczkami na lekcjach fizyki doceniamy właściwości wełnianych ubrań. Muszę się pochwalić, że moi uczniowie już wiedzą, że włos alpaki ma strukturę rurki, i dzięki temu włóczka uprzędzona z takiej wełny jest bardzo ceniona. Ale śpieszę się usprawiedliwić, na lekcjach nie dziergamy, szczerze oddajemy się fizyce.
Miałam w planach powtórzyć przygodę z chustą "Juliette" według projektu Renaty Witkowskiej. O ile pierwszą dziergałam z półwełny, to na drugą nabyłam 100%-wą wełnę od Alize (cashmira). W motkach kolory bardziej grały ze sobą, ale mając już dosyć jaskrawą chustę w pierwszej wersji, chciałam tą drugą udziergać w bardziej przygaszonych tonach. I takie kolory lubi osoba, co to będzie na swoje 50-lecie tą chustą obdarowana, chociaż tego jeszcze nie wie, a i bloga mojego nie czyta, bo nie zna polskiego.
Następnym z kolei "ogrzewaczem " ciała i duszy były skarpetki. Po pierwszej chuście zostały mi resztki włóczki, które szybko przekształciły się w skarpety z piętą "rzędami skróconymi " robioną.
Posiadaczką ich została koleżanka z pracy, obdarowana w dniu urodzin.


I tak na razie pozostaję zaskarpetkowana na całego. Prawda musiałam jakoś w tej dziedzinie też "rosnąć zawodowo", więc nauczyłam się dziergania dwóch skarpetek na raz. I teraz tylko tak dziergam, bo wszystko jest "symetryczne". A nowe powstające skarpety polecą do Niemiec.
W czytaniu zaś tempo nie było tak wielkim, bo trafiłam znowu na bardzo "grubą" książkę, która zabrała mi niemało czasu. Mówię o "Widnokręgu" Wiesława Myśliwskiego. Polubiłam jego książki, polubiłam ten jego styl powolnej rozmowy z czytelnikiem. Czytając książki Myśliwskiego trzeba narratora traktować jako obok siedząca osobę, która po kolei wydobywa ze swojej pamięci różne wydarzenia ze swojego życia i czasem nie trzymając się chronologii dzieli się z nami swoimi wspomnieniami. Podobnie też było w "Traktacie o łuskaniu fasoli".W "Widnokręgu" narratorem jest Piotrek, którego dzieciństwo przypadło na okres wojny i pierwsze lata stalinizmu. Słuchając jego wspomnień śledzimy, jak poszerza się jego widnokrąg, jak przychodzą do niego pierwsze rozczarowania, doświadczenia, miłość...
Kto jeszcze nie odkrył dla siebie Myśliwskiego zachęcam sięgnąć po którąś z jego Książek, bo raczej się nie rozczarujecie.
Po tak poważnej literaturze postanowiłam trochę poczytać dla relaksu. Po opiniach koleżanek blogowych postanowiłam naprawić błędy wczesnej młodości, kiedy to nie natrafiłam na książki Małgorzaty Musierewiczowej. Tak, Moniko, przyczyniłaś się do mojego szturmu na "Jeżycjadę". Dojrzałam, a może raczej już zdzieciniałam, bo czytam, zaśmiewam się i szukam następnych ksiażek z tego cyklu.
Serdeczne pozdrowienia wszystkim, a czytającym wielkich odkryć na książkowych półkach.





























