środa, 26 lipca 2017

Dużo książek-mało czasu

       W tym roku nasz wypoczynek urlopowy organizował się  bardzo spontanicznie. Kiedy zdecydowaliśmy już ostatecznie, że jednak jedziemy nad ciepłe morze, to w  pasującym nam termine nie mieliśmy wielkiego wyboru. A jednak powiodło się zarezerwować wyjazd do Chorwacji i  był to bardzo udany wypoczynek. Wszystko nam dopisało. Byliśmy zauroczeni jak czystym morzem, tak ładną miejscowością (2 km od miasteczka Novi Vinodolski) i wspaniałą kuchnią. Zostały przepiękne wspomnienia, no i zdjęcia oczywiście.










           Zatęskniłam już za "Środowym czytaniem " u Maknety i bardzo ucieszyłam się z dzisiejszego jej postu, w którym  Makneta  nawiązuje do dyskusji o recenzjach i opiniach. Naprawdę warto o tym podyskutować, bo teraz, kiedy mamy  tak dużo książek i tak mało czasu wolnego, zazwyczaj korzystamy z czyichś poleceń i opinii.
           Recenzja, według mnie, musi być napisana ręką fachowca, prawdziwego znawcy danej dziedziny, i musi zawierać logiczne uzasadnienia. Czy ja na przykład tego potrzebuję, kiedy sięgam po literaturę piekną?  Raczej nie. Po recenzję sięgam w wypadku literatury fachowej, kiedy muszę podnosić decyzje i dokonać wyboru (np. podręcznika) z posród kilku propozycji.
         No i zdarza się czasami, że po przeczytaniu książki  zostaje jakiś "niedosyt" i czuję, iż musi mi ktoś pomóc ją do końca "rozgryżć", i wówczas szukam recenzji, aby razem z autorem i recenzentem zgłębić tajniki napisanego.
         Opinie czytelników pomagają mi i w wyborze literatury i w układaniu planów czytelniczych na przyszłość. Śledzę czytających blogowiczów i bardzo często idę ich śladami. Oczywiście nie wszystkie opinie do mnie przemawiają. Poznałam szereg ludzi, którzy czytają podobne książki, podobnie odbierają, podobne mają spojrzenie na świat. Nie lubię, kiedy w opinii o książce jest przekazywana treść, bo to mi przeszkadza póżniej delektować się czytaniem. Czego czekam od opinii, które pilnie czytam przy wyborze literatury?  Chcę wiedzieć czym ta książka tak zachwyciła czytającego, czy to język autora, czy fabuła... Do jakiego czytelnika jest skierowana. Mile jest widziane porównywanie opisywanej ksiażki  do innych utworów danego autora. No i kiedy jeszcze opinia jest uzupełniona krótkim, ale trafnym cytatem z utworu, wówczas... zostaje nam tylko decyzja - "czytać, albo nie czytać "...
        Tak się rozpisałam szeroko na ten temat, że omal nie zapomniałam iż na wczasach przeczytałam dwie książki, o których chce się napisać.
        Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy" - książka o kobiecie, którą trafia do szpitala i dzięki temu poznaje "prawdziwe" oblicza  otaczających ją ludzi.Widzimy  bardzo trudne relacje dorosłej córki z matką, która nie "potrafi" i nie chce mówić o miłości do swoich dzieci. Książka nie jest na jeden wieczór, bo bardzo wiele opisywanych sytuacji zmusza do głębokich przemysleń, szuka się odpowiedzi na pytanie -dlaczego jest własnie "tak". Raczej polecam tą książkę kobietom.
       Hosseini Khaled "Tysięc wspaniałych słońc". Ponieważ  byłam zauroczona jego książką " Chłopiec  z latawcem", więc druga ksiażka tegoż autora zastrzeżeń nie budziła i spodziewałam się dobrej lektury. Bardzo lirycznie, ciepło i z miłością opisuje autor swój kraj i jego mieszkańców. Czytając książkę razem z bohaterką idzie się  wśród wysokich traw, razem wchodzi się  do  jej małej  chatynki. Ze szczegółowych opisów poznajemy dania  kuchni afgańskiej, panujące tradycje i zwyczaje. Główym zaś motywem powieści jest los kobiety i żony. Czyta się jednym tchem. Polecam, no i znowu kobietom.
        Życzę wszystkim odnaleźć tą najciekawszą książkę na najblizsze dni. No i słonecznej pogody, bo u nas w Wilnie ciagle pada. 

czwartek, 6 lipca 2017

Latem się czyta...

     A więc mamy "Środy z książką", gdzie znowu możemy dyskutować o przeczytanej literaturze, podpatrywać co tam na półkach u koleżanek, no i zasięgnąć informacji -"warto czy niewarto"... Osobiście bardzo się cieszę z takiej akcji u Maknety, bo wiadomo, że często  po przeczytanej książce aż chce się krzyczeć "ludzie przeczytajcie", albo czasami subtelnie ponarzekać, że jesteśmy czymś przeczytanym rozczarowani.

       Dzisiaj piszę o książce, którą teraz czytam, czyli "Trucizna" Sary Poole. Wybrałam tą książkę w bibliotece, ponieważ akcja toczy się w Rzymie w czasie, kiedy o tron papieski walczy wszelkimi sposobami kardynał Rodrigo Borgia. Po przeczytaniu książki Mario Puzo " Rodzina Borgiów" byłam wstrząśnięta panującymi  w tej rodzinie zasadami :bez skrupułów eliminuje się rywali i wrogów, mordercze plany towarzyszą papieżowi przy wielu poczynaniach, tolerowane  kazirodcze związki i orgie... Nie do końca uwierzyłam...Wiem, że sam autor bardzo długo odkładał wydanie  książki i ostatecznie zdecydował się na to za dwa tygodnie przed śmiercią.  Toteż książka Sary Poole, w której opisuje się dzieje rodziny Borgiów i panujące na dworze kardynalskim obyczaje mnie zaciekawiła. No i chciałam dowiedzieć się, jak te dzieje opisuje kobieta.
       Oczywiście, czekały mnie wielkie niespodzianki.
    Francesca Giordano chce pomścić zabójstwo ojca, byłego truciciela na dworze kardynała Rodrigo Borgii. Niestety postać bardzo młodej dziewczyny, która zdobywa po śmierci ojca jego posadę na dworze kardynała,  jest dla mnie zbyt  nieprzekonywająca. Z uśmiechem na ustach czyta się o jej wybitnych zdolnościach i feministycznych nastrojach. Zaś córka Rodriga, Lukrecja Borgio, jest tu wścieleniem "aniołka". Mimo takiego rozczarowania fabułą powieści odnalazłam niemało cennej informacji. Autorka, jako kobieta,  potrafiła donieść do czytelnika atmosferę panującą w owe czasy czy na ulicach Rzymu, czy też  na uroczystościach, poprzez dokładne opisywnie szat bohaterów, ich zajęć, ilości towarzyszących sług. Również nieoczekiwanym środowiskiem, gdzie toczy się akcja powieści, okazało sie getto żydowskie ( Rzym- XV wiek!). Czytam, nie odkładam książki, ale po następne z tej serii, gdzie są opisane dalsze losy Francesci w najbliższym czasie nie sięgnę ( chociaż  nigdy nie mów "nigdy"). Powieść akurat na lato,kiedy można sobie pozwolić na coś "lżejszego"

       Ponieważ w czasie urlopu czasu jest na wszystko, więc doczekał się też sznurek " transformacji" w koszyk letni. Ładny, łagodny róż. Mam nadzieję, że właścicielka będzie zadowolona. Dziergało się  chętnie. Sesja zdjęciowa odbywała się w plenerze, więc i kilka roślinek z działki załapało się.











   Letnie pozdrowienia wszystkim czytającym przesyłam z Wilna.

czwartek, 29 czerwca 2017

Letnia apatia


        Mnie też, jak i niektóre koleżanki blogowe, dopadła  letnia apatia.  Wraz z cieplejszą pogodą nie chce się dziergać tyle ile dziergało się w zimie, czy w czasie zimnej naszej wiosny.  Widzę, że coraz mniej "Dziergających i czytających" dotrzymuje towarzystwa Maknecie we środy. Część już urlopuje, część chyba  więcej czasu spędza na działkach. Musimy cieszyć się, że widocznie wiekszość z nas (sądzę po sobie) ma więcej czasu na bezpośrednie obcowanie z bliskimi, możemy wymówić się, nasłuchać się i   stąd mniejszy ruch w "wirtualnym świecie". Ale... w ostatnim poście u Maknety zaniepokoiło mnie rozważanie autorki o tym, czy spotakania środowe mają dalej istnieć. Bardzo rozumiem ją. My możemy sobie pozwolić nie pisać  kiedy nam się nie chce, nie komentować kiedy uważamy, że nas to nie dotyczy, albo nawet i z lenistwa,  zaś od Maknety oczekujemy każdej środy wiadomości, że znowu mamy  możność zaistnieć, odezwać się,  kogoś nowego poznać.  Podejrzewam, że  zapracowana i zajęta nieustanną troską o dzieci  ta kobieta często pisze  środowe posty "padając z nóg" kosztem snu i wypoczynku. A posty jej są zawsze mądre i przemyślane. I dlatego bardzo bym chciała i dalej razem z "Maknetą ' bywać we środy, czy to z książką w ręku, czy to z robótką...Co do zmiany nazwy spotkań środowych, to chyba musi zadecydować autorka pomysłu, a zaproponowane środy dla czytających na pewno przywołają miłosników czytania  do bycia razem, a jeżeli jeszcze ktoś pochwali się swoimi udziergami, wypiekami, czy innymi "wyczynami", to tylko te spotkania wzbogaci.
      
      Dzisiaj chcę powiadomić swoich czytelników i przede wszystkich byłych "wilniuków" o ostatnim bardzo wielkim wydarzeniu, które odbyło się w Wilnie po raz pierwszy. Otoż 25 czerwca czyli w ubiegłą niedzielę mieliśmy okazję uczestniczyć  w  uroczystościach  beatyfikacyjnych  abp. Teofila Matulionisa - kapłana, męczennika czasów komunizmu. Uroczystościom beatyfikacyjnym  na placu Katedralnym przewodniczył prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kardynał Angelo Amato.  







      A teraz czas na książkę, no bo wreszcie lato mamy, a latem się czyta... Za ten czas co nie pisałam  przeczytałam książek sporo, ale mówić chce się tylko o kilku z nich. Przede wszystkim książka, która jest kontynuacją powieści  Mahmoody Betty  "Tylko razem  z córką ". Otóz córka Betty, Mahtob Mahmoody dopiero po śmierci ojca wydała książkę "Nareszcie wolna". Z książki, którą napisała Mahtob będąc już zawodowym  psychlogiem, dowiadujemy się o jej, i jej matki losach po powrocie do Ameryki. Książka nie jest tak wciągająca jak autentyczne przygody opisane przez matkę, ale jest przestrzegającą przed podjęciem tak ważnych decyzji, jak związek z  przedstawicielem innej kultury.
       No i druga pozycja, którą chcę na letnie czytanie polecić, to książka Sandry Braun "Lokator". Autorka, znana nam raczej  z kryminałów, tu przedstawia powieść obyczajową o trudnych decyzjach podejmowanych w ostatnich dniach życia, o honorze i godności, o czystych uczuciach i sytuacjach "bez wyjścia"...

        A co z dzierganiem? A no nie idzie mi i już.  Bardzo dużo  prucia, bo kilka rozpoczynanych projektów bardzo szybko rozczarowało mnie. Chyba decyzje były zbyt pochopne. Przed telewizorem siadam z szydełkiem w ręku i nadal bawię się maskotkami. Niedługo pokażę nowe zabawki.
      Gorące pozdrowienia wszystkim czytelnikom z "zatopionego" dzisiaj Wilna. Ulewa nocna sprawiła, że niektóre ulice dosłownie "utonęły". 

   

środa, 7 czerwca 2017

Bakcyl ogrodowy




       O moim stosunku do internetu pisałam już i post był poświęcony temu, jak korzystam z różnych porad, inspiracji i wskazówek w swoich pracach. Nikogo już do tego nie trzeba przekonywać, jak wygodnie jest nie wychodząc z domu załatwiać najprzeróżniejsze sprawy. Dzisiaj będzie o relacjach międzyludzkich. Poprzez internet  poznałam i polubiłam mnóstwo ludzi. Bo okazało się, że bardzo dużo jest podobniemyślących, prowadzących podobny tryb życia, i najważniejsze - odkryłam sobie na nowo świat czytających. A teraz konkretniej o jednej  nowopoznanej przyjaciółce z Białegostoku.
Na początku wiosny skarżyłam się czytelnikom bloga, że nie mam dobrej ręki do roślin, i wysiane nasiona na sadzonki znowu tą zasadę potwierdziły. klik   Jak na to reaguje  współczująca mi działkowiczka z Białegostoku? Otóż zabiera sadzonki bazylii, tymianku, rozmarynu, ładny pęk suszonej lawendy, i razem z koleżanką w maju wyrusza  do Wilna. Nie przesadzam, tak się stało. Tylko, że ... Przyjzd Marii poprzedził list. Okazało się, że urodzona w Wilnie, małą dziewczynką będąc, razem z rodzicami wyjechała do Polski. Mieszkała niedaleko mnie i może kiedyś nawet mijałyśmy się na ulicach naszego miasta.  Ponieważ jest również robótkomaniaczką, więc natknęła się na mój post, i jak mówi"- nie mogła do mnie nie napisać". Dotychczas czas nie potrafił w tej kobiecie zatarć przywiązania do Wilna, i w jej listach czuję  tą nostalgię. W maju Maria zaplanowała wypad do Wilna z koleżanką. Niestety  tak się ułożyło, że spotkanie nasze trwało tylko godzinę, ale moim zdaniem, że się polubiłyśmy. Jest taka fajna... A sadzonki oczywiście posadziłam. Bazylia Marysi buja ( moja zaś poległa). Rośnie i już kwitnie tymianek i krzak rozmarynu czuje się dobrze. O taka wydarzyła się mi historia pewnej znajomości, i mam nadzieję,że i przyjażni.
       A będąc przy temacie ogrodowym, to w tym roku nie mamy tak rażącej różnicy między wyglądem naszej działki i sąsiedzkich (tych bardziej zadbanych). Z powodu tak mocno spóźnionej wiosny u wszystkich grządki wyglądają dosyć skromnie, warzywa bardzo długo nie kiełkują. Jak zawsze, tak i w  tym roku sezon działkowy zaczęliśmy dosyć późno, i prawie mamy podobną sytuację, jak i u wszystkich - też licho rosną wysiane warzywa, niektóre tylko zaczynają obchodzić.
Jakoś w tym roku ciągnie nas częściej na działkę, chyba połknęliśmy tego bakcyla działkowego.

                       Kilka migawek z naszej skromnej i trochę zaniedbanej działki
                                  Bazylia od Marysi




        Czas na robótkowe realacje. Zaliczyłam sobie wypad do pasmanterii, o czym świadczy poniższe zdjęcie. Co z tego "wyrośnie"?
      


      Otóż muszę chrześniaczce męża udziergać piórkowy z zakupionej wcześniej  bladoróżowej  włóczki dropsowej. Do niej dokupiłam jeden motek cieniutkiej  fińskiej wełenki Haapsalo. Mieszanka z bawełny i akrylu "Aliza"jest przeznaczona  na zabawki szydełkowe ( a jednak będą powstawać, bo mam w głowie szalony pomysł), no i różowy sznurek na torbę dla szwagierki. A jasnoszary wpadł do koszyka tylko dlatego, że to taki ładny kolor...

                                 No i   jakoś zupełnie  niespodziewanie powstał kot Bazyli.




      Za to na spotkanie u Maknety nie mogę pochwalić się przeczytaną książką, bo mi się nie spodobała. Przeczytałam "Frost i Boże Narodzenie" R.D. Wingfielda. Kryminał mnie nie zaciekawił, jak również nie poczułam sympatii do głównego bohatera Forsta. Przebrnęłam do końca, ale w porównaniu z innymi mistrzami detektywu autor wyraźnie rozprasza się i nie trzyma czytelnika w napięciu. Takie jest moje zdanie.
       Życzę wszystkim nam dobrej letniej pogody, odpowiedniego nastroju na czytanie i robótkowanie, a także na leniuchowanie, no bo lato ...

piątek, 2 czerwca 2017

Trochę luzu


 

      Dzisiaj już mogę odtechnąć, bo faktycznie był to ostatni dzień, kiedy odbywały się lekcje. Oceny roczne już są wystawione, dzienniki prawie sporządkowane. Klasy maturalnej w tym roku nie miałam, więc konsultacji przedegzaminacyjnych też nie poprowadzę. Czyż nie luz? Oczywiście. Co robimy w czerwcu w naszych szkołach?  Co kilka dni odbywają się egzaminy maturalne, gdzie nauczyciele muszą czuwać nad ich przebiegem. Osobiście będę zaangażowana do przeprowadzania egzaminu z chemii. Do pracy się chodzi w te dni,  kiedy w szkolnym gmachu  nie odbywają się egzamina. Część nauczycieli ma zaplanowane wycieczki z uczniami. W pracy wynajdujemy sobie zajęcie przy porządkowaniu literatury metodycznej, szykujemy testy na rok przyszły, dużo czasu poświęcamy  na zaległe rozmowy  z koleżankami, "dzielimy się " doświadczeniem przy kawie. No i wygląda, że praca w szkole, to wymarzony raj. Gdyby... Gdyby nie było przedtem dużo sobót i niedziel spędzonych przy sprawdzaniu prac kontrolnych i kartkówek, przy pisaniu planów lekcji, gdyby po kilkadziesiąt godzin trwające wycieczki nie wyrywały nauczyciela z życia rodziny, gdyby rodzice nie dzwonili o każdej  porze doby, czasami w bardzo pilnej sprawie, czasami zaś, aby zadać bardzo banalne pytanie. A jeszcze do tego wszystkowidzący "starszy brat" czyli czuwajaca nad wszystkim administracja. Uważam, że w tym roku zasłużyłam na luźniejszy czerwiec, bo na przyszły rok, kiedy gdzieś około pół setki maturzystów będę szykowała do egzaminu z fizyki, to wszystko nadrobię.. A tak na serio, to bardzo lubię swoja pracę, lubię swoich uczni, i lubię też wakacje letnie.

     Jak widać na zdjęciu powróciłam do "lalkowania", bo na razie tej czynności moje ręce potrzebują. Każda lalka dzierga się bez wzoru, tak , jak mi podpowiada intuicja. Chce się udziergac taką, która będzie mi służyła za wzór.  Teraz powstała Wisia. 
     Na spotkanie u Maknety znowu się spóźniam, i zamiast w maju we środę, dołączyłam się już aż w czerwcu w piątek.






     Obiecałam napisać o przeczytanej książce.
     Otóż Jaremi Przybora przekazuje Magdzie Umer dużą brązową kopertę z napisem "Agnieszka"ze słowami : " Zastanawiałem się, co zrobić z jej listami, i doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie tego zniszczyć. Myślę, że literatura polska by nam tego nie wybaczyła. Zaopiekuj sie tym ". Z kolei zaś Agata, córka Agnieszki, znalazła listy Jeremiego do jej matki. Konstanty Przybora , syn Jeremiego, nie miał nic przeciwko temu, aby je wydać. I tak dzięki tej decyzji możemy przeczytać te listy i bliżej poznać postacie tych nieprzeciętnych "artystów". Ta historia trwała od 1 lutego 1964 do czerwca 1966 roku. 
  "Trafił swój na swego. Takie talenty, takie urody, takie inteligencje i takie poczucia humoru zdarzają sie raz na sto lat. Obydwoje byli dziećmi szczęścia obdarzonymi przez los więcej niż talentem. Geniuszem. Czyli kłopotem."
    Książka w pięknym wydaniu, dużo zdjęć, oraz dołączony  audiobook( czytają Magda Umer i Piotr Machalica). LIteratura dla romantyków, lubiących poezję. Zachęcam stokrotnie, nie pożałujecie.
 
     Pozdrowienia dla wszystkich miłośników drutów i szydełka oraz zagorzałych czytelników przesyłam z letniego Wilna.
  




















czwartek, 25 maja 2017

Zapiski z Krakowa


     W blogowaniu była krótka wymuszona przerwa, ponieważ sporo czasu pochłonęły prace związane z organizowaniem naszej podróży do Krakowa.


 


        Po raz pierwszy odwiedziłam miasto w 1996 roku, razem z  dziećmi. Ośmioletnia wówczas moja córka tak zakochała się w Krakowie, że w swoich planach  widziała siebie w przyszłości tylko w tym mieście. Kiedy zaś po maturze dostała szanse na studia w Polsce, to oczywiście dopięła swego i została studentką UJ. Więc po pięciu latach pojechaliśmy z mężem do Krakowa na wręczanie dyplomów magisterskich. Przy takich okazjach zawsze staramy się poznać miasto, którego nigdy nie jest dosyć. No i w tym roku również mogliśmy troche pozwiedzać, posiedzieć w kawiarenkach i nacieszyć się tą dziwną atmosferą. Głównym zaś celem naszej podróży było uczestnictwo w procesie  obrony pracy   doktorskiej  naszej najmłodszej latorośli. Więc było i nerwów, i wzruszeń, i w końcu wielka radość.








               Ostatnie chwile napięcia pod drzwiami auli  przed ogłoszeniem werdyktu komsji.

 
     I nareszcie gratulacje dla pani DOKTOR. Komisja uznała, że obrona zasługuje na wyróżnienie.

 
         Udało się- wszyscy są zadowoleni, i  świeżoupieczona Doktor, i komisja , i promotor prof. Krzysztof Szczerski.


           A wieczorem znowu na miasto. Nawet w deszczu  Kraków nie traci uroku.




















    Na dzisiaj nie będzie nic o dzierganiu, bo w tym czasie nic nie powstało, ale za to mogę się pochwalić, że będąc w Krakowie przeczytałam książkę, o której napiszę w następną środę na spotkaniu u Maknety.  Będzie o książce  " Agnieszki Osieckiej i Jaremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze".
    A na dzisiaj wszystko i pozdrawiam wszystkich już z Wilna.



środa, 10 maja 2017

W rodzinie lwów

         Rzadko mi się zdarza, że zaczęta robótka tak zniechęca do pracy, że nie mogąc się zmusić do jej kontynuacji po prostu ją odkładam. Ale właśnie tak się dzieje z zaczętym swetrem z dropsowej alpaki. Nie idzie mi robota i już. Próbowałam zmieniać wzór, nie pomogło. Więc zdecydowałam, że nie będzie przemocy nad sobą, i robótka poszła w kąt. Niech sobie odleży, bo teraz, to nawet do jej sprucia nie mogę się zmusić ( no chyba i nie muszę ?). Ale czymś trzeba ręce zająć, bo to nie jedynym czytaniem przecież człowiek żyje...W ostatnim poście obiecałam sobie i czytelnikom bloga, że nastąpi przerwa w dzierganiu zabawek, i oczywiście przysięgę złamałam. Aby usprawiedliwić siebie, wytłumaczę, dlaczego musiałam udziergać lwa. Ponieważ z mężem jesteśmy parą zodiakalnych lwów, a do tego jeszcze w nazwisku jest tego potwierdzenie ( MaLEWscy), więc oczywiście,  "musiał" i to szybko powstać lew. Jest taki malutki, 14 cm, i z takim zatroskanym wzrokiem.

 
















       Ponieważ dzisiaj jeszcze mamy kilka minut środy, to pędzę na spotkanie u Maknety. Już pisałam, że uwielbiam skandynawskich autorów kryminałów. Za kilka dni zaliczyłam ostatnią książkę  Jo Nesbo " Pragnienie". Jak i poprzednie książki tego autora, jest napisana świetnym literackim językiem. Znowu do akcji powraca  "popularny" Harry Hole.
     "Chociaż Hole był zapijaczonym aroganckim enfant terrible Wydziału Zabójstw, człowiekiem bezpośrednio i pośrednio winnym śmierci kolegów, którego metody pracy były wysoce wątpliwe, mimo wszystko na jego widok prostowali się na krzesłach. Wciąż bowiem otaczała go ta sama ponura, wręcz budząca grozę aura"
       Jak i w poprzednich książkach śledzimy różne charaktery  pracowników "Wydziału zabójstw", ich prywatne życie, ich zmagania z trudnymi wyzwaniami. I prawie do ostatniej strony nie podejrzewamy, kto jest własciwie przestępcą. Wszystkim , kto jest "uzależniony' od takiej literatury, radzę po tą ksiażkę śmiało sięgać.
        A w Wilnie już dzisiaj nie padał śnieg. Mamy nadzieję, że wiosna nareszcie użyje GPS i dotrze tam, gdzie już musi dawno być.  Serdecznie pozdrawiam wszystkich.

.