środa, 7 czerwca 2017

Bakcyl ogrodowy




       O moim stosunku do internetu pisałam już i post był poświęcony temu, jak korzystam z różnych porad, inspiracji i wskazówek w swoich pracach. Nikogo już do tego nie trzeba przekonywać, jak wygodnie jest nie wychodząc z domu załatwiać najprzeróżniejsze sprawy. Dzisiaj będzie o relacjach międzyludzkich. Poprzez internet  poznałam i polubiłam mnóstwo ludzi. Bo okazało się, że bardzo dużo jest podobniemyślących, prowadzących podobny tryb życia, i najważniejsze - odkryłam sobie na nowo świat czytających. A teraz konkretniej o jednej  nowopoznanej przyjaciółce z Białegostoku.
Na początku wiosny skarżyłam się czytelnikom bloga, że nie mam dobrej ręki do roślin, i wysiane nasiona na sadzonki znowu tą zasadę potwierdziły. klik   Jak na to reaguje  współczująca mi działkowiczka z Białegostoku? Otóż zabiera sadzonki bazylii, tymianku, rozmarynu, ładny pęk suszonej lawendy, i razem z koleżanką w maju wyrusza  do Wilna. Nie przesadzam, tak się stało. Tylko, że ... Przyjzd Marii poprzedził list. Okazało się, że urodzona w Wilnie, małą dziewczynką będąc, razem z rodzicami wyjechała do Polski. Mieszkała niedaleko mnie i może kiedyś nawet mijałyśmy się na ulicach naszego miasta.  Ponieważ jest również robótkomaniaczką, więc natknęła się na mój post, i jak mówi"- nie mogła do mnie nie napisać". Dotychczas czas nie potrafił w tej kobiecie zatarć przywiązania do Wilna, i w jej listach czuję  tą nostalgię. W maju Maria zaplanowała wypad do Wilna z koleżanką. Niestety  tak się ułożyło, że spotkanie nasze trwało tylko godzinę, ale moim zdaniem, że się polubiłyśmy. Jest taka fajna... A sadzonki oczywiście posadziłam. Bazylia Marysi buja ( moja zaś poległa). Rośnie i już kwitnie tymianek i krzak rozmarynu czuje się dobrze. O taka wydarzyła się mi historia pewnej znajomości, i mam nadzieję,że i przyjażni.
       A będąc przy temacie ogrodowym, to w tym roku nie mamy tak rażącej różnicy między wyglądem naszej działki i sąsiedzkich (tych bardziej zadbanych). Z powodu tak mocno spóźnionej wiosny u wszystkich grządki wyglądają dosyć skromnie, warzywa bardzo długo nie kiełkują. Jak zawsze, tak i w  tym roku sezon działkowy zaczęliśmy dosyć późno, i prawie mamy podobną sytuację, jak i u wszystkich - też licho rosną wysiane warzywa, niektóre tylko zaczynają obchodzić.
Jakoś w tym roku ciągnie nas częściej na działkę, chyba połknęliśmy tego bakcyla działkowego.

                       Kilka migawek z naszej skromnej i trochę zaniedbanej działki

                                  Bazylia od Marysi




        Czas na robótkowe realacje. Zaliczyłam sobie wypad do pasmanterii, o czym świadczy poniższe zdjęcie. Co z tego "wyrośnie"?
      


Otóż muszę chrześniaczce męża udziergać piórkowy z zakupionej wcześniej  bladoróżowej  włóczki dropsowej. Do niej dokupiłam jeden motek cieniutkiej  fińskiej wełenki Haapsalo. Mieszanka z bawełny i akrylu "Aliza"jest przeznaczona  na zabawki szydełkowe ( a jednak będą powstawać, bo mam w głowie szalony pomysł), no i różowy sznurek na torbę dla szwagierki. A jasnoszary wpadł do koszyka tylko dlatego, że to taki ładny kolor...

                                 No i   jakoś zupełnie  niespodziewanie powstał kot Bazyli.




    Za to na spotkanie u Maknety nie mogę pochwalić się przeczytaną książką, bo mi się nie spodobała. Przeczytałam "Frost i Boże Narodzenie" R.D. Wingfielda. Kryminał mnie nie zaciekawił, jak również nie poczułam sympatii do głównego bohatera Forsta. Przebrnęłam do końca, ale w porównaniu z innymi mistrzami detektywu autor wyraźnie rozprasza się i nie trzyma czytelnika w napięciu. Takie jest moje zdanie.
       Życzę wszystkim nam dobrej letniej pogody, odpowiedniego nastroju na czytanie i robótkowanie, a także na leniuchowanie, no bo lato ...

piątek, 2 czerwca 2017

Trochę luzu


 

      Dzisiaj już mogę odtechnąć, bo faktycznie był to ostatni dzień, kiedy odbywały się lekcje. Oceny roczne już są wystawione, dzienniki prawie sporządkowane. Klasy maturalnej w tym roku nie miałam, więc konsultacji przedegzaminacyjnych też nie poprowadzę. Czyż nie luz? Oczywiście. Co robimy w czerwcu w naszych szkołach?  Co kilka dni odbywają się egzaminy maturalne, gdzie nauczyciele muszą czuwać nad ich przebiegem. Osobiście będę zaangażowana do przeprowadzania egzaminu z chemii. Do pracy się chodzi w te dni,  kiedy w szkolnym gmachu  nie odbywają się egzamina. Część nauczycieli ma zaplanowane wycieczki z uczniami. W pracy wynajdujemy sobie zajęcie przy porządkowaniu literatury metodycznej, szykujemy testy na rok przyszły, dużo czasu poświęcamy  na zaległe rozmowy  z koleżankami, "dzielimy się " doświadczeniem przy kawie. No i wygląda, że praca w szkole, to wymarzony raj. Gdyby... Gdyby nie było przedtem dużo sobót i niedziel spędzonych przy sprawdzaniu prac kontrolnych i kartkówek, przy pisaniu planów lekcji, gdyby po kilkadziesiąt godzin trwające wycieczki nie wyrywały nauczyciela z życia rodziny, gdyby rodzice nie dzwonili o każdej  porze doby, czasami w bardzo pilnej sprawie, czasami zaś, aby zadać bardzo banalne pytanie. A jeszcze do tego wszystkowidzący "starszy brat" czyli czuwajaca nad wszystkim administracja. Uważam, że w tym roku zasłużyłam na luźniejszy czerwiec, bo na przyszły rok, kiedy gdzieś około pół setki maturzystów będę szykowała do egzaminu z fizyki, to wszystko nadrobię.. A tak na serio, to bardzo lubię swoja pracę, lubię swoich uczni, i lubię też wakacje letnie.

     Jak widać na zdjęciu powróciłam do "lalkowania", bo na razie tej czynności moje ręce potrzebują. Każda lalka dzierga się bez wzoru, tak , jak mi podpowiada intuicja. Chce się udziergac taką, która będzie mi służyła za wzór.  Teraz powstała Wisia. 
     Na spotkanie u Maknety znowu się spóźniam, i zamiast w maju we środę, dołączyłam się już aż w czerwcu w piątek.






     Obiecałam napisać o przeczytanej książce.
     Otóż Jaremi Przybora przekazuje Magdzie Umer dużą brązową kopertę z napisem "Agnieszka"ze słowami : " Zastanawiałem się, co zrobić z jej listami, i doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie tego zniszczyć. Myślę, że literatura polska by nam tego nie wybaczyła. Zaopiekuj sie tym ". Z kolei zaś Agata, córka Agnieszki, znalazła listy Jeremiego do jej matki. Konstanty Przybora , syn Jeremiego, nie miał nic przeciwko temu, aby je wydać. I tak dzięki tej decyzji możemy przeczytać te listy i bliżej poznać postacie tych nieprzeciętnych "artystów". Ta historia trwała od 1 lutego 1964 do czerwca 1966 roku. 
  "Trafił swój na swego. Takie talenty, takie urody, takie inteligencje i takie poczucia humoru zdarzają sie raz na sto lat. Obydwoje byli dziećmi szczęścia obdarzonymi przez los więcej niż talentem. Geniuszem. Czyli kłopotem."
    Książka w pięknym wydaniu, dużo zdjęć, oraz dołączony  audiobook( czytają Magda Umer i Piotr Machalica). LIteratura dla romantyków, lubiących poezję. Zachęcam stokrotnie, nie pożałujecie.
 
     Pozdrowienia dla wszystkich miłośników drutów i szydełka oraz zagorzałych czytelników przesyłam z letniego Wilna.
  




















czwartek, 25 maja 2017

Zapiski z Krakowa


     W blogowaniu była krótka wymuszona przerwa, ponieważ sporo czasu pochłonęły prace związane z organizowaniem naszej podróży do Krakowa.


 


        Po raz pierwszy odwiedziłam miasto w 1996 roku, razem z  dziećmi. Ośmioletnia wówczas moja córka tak zakochała się w Krakowie, że w swoich planach  widziała siebie w przyszłości tylko w tym mieście. Kiedy zaś po maturze dostała szanse na studia w Polsce, to oczywiście dopięła swego i została studentką UJ. Więc po pięciu latach pojechaliśmy z mężem do Krakowa na wręczanie dyplomów magisterskich. Przy takich okazjach zawsze staramy się poznać miasto, którego nigdy nie jest dosyć. No i w tym roku również mogliśmy troche pozwiedzać, posiedzieć w kawiarenkach i nacieszyć się tą dziwną atmosferą. Głównym zaś celem naszej podróży było uczestnictwo w procesie  obrony pracy   doktorskiej  naszej najmłodszej latorośli. Więc było i nerwów, i wzruszeń, i w końcu wielka radość.








               Ostatnie chwile napięcia pod drzwiami auli  przed ogłoszeniem werdyktu komsji.

 
     I nareszcie gratulacje dla pani DOKTOR. Komisja uznała, że obrona zasługuje na wyróżnienie.

 
         Udało się- wszyscy są zadowoleni, i  świeżoupieczona Doktor, i komisja , i promotor prof. Krzysztof Szczerski.


           A wieczorem znowu na miasto. Nawet w deszczu  Kraków nie traci uroku.




















    Na dzisiaj nie będzie nic o dzierganiu, bo w tym czasie nic nie powstało, ale za to mogę się pochwalić, że będąc w Krakowie przeczytałam książkę, o której napiszę w następną środę na spotkaniu u Maknety.  Będzie o książce  " Agnieszki Osieckiej i Jaremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze".
    A na dzisiaj wszystko i pozdrawiam wszystkich już z Wilna.



środa, 10 maja 2017

W rodzinie lwów

              Rzadko mi się zdarza, że zaczęta robótka tak zniechęca do pracy, że nie mogąc się zmusić do jej kontynuacji po prostu ją odkładam. Ale właśnie tak się dzieje z zaczętym swetrem z dropsowej alpaki. Nie idzie mi robota i już. Próbowałam zmieniać wzór, nie pomogło. Więc zdecydowałam, że nie będzie przemocy nad sobą, i robótka poszła w kąt. Niech sobie odleży, bo teraz, to nawet do jej sprucia nie mogę się zmusić ( no chyba i nie muszę ?). Ale czymś trzeba ręce zająć, bo to nie jedynym czytaniem przecież człowiek żyje...W ostatnim poście obiecałam sobie i czytelnikom bloga, że nastąpi przerwa w dzierganiu zabawek, i oczywiście przysięgę złamałam. Aby usprawiedliwić siebie, wytłumaczę, dlaczego musiałam udziergać lwa. Ponieważ z mężem jesteśmy parą zodiakalnych lwów, a do tego jeszcze w nazwisku jest tego potwierdzenie ( MaLEWscy), więc oczywiście,  "musiał" i to szybko powstać lew. Jest taki malutki, 14 cm, i z takim zatroskanym wzrokiem.

 
















       Ponieważ dzisiaj jeszcze mamy kilka minut środy, to pędzę na spotkanie u Maknety. Już pisałam, że uwielbiam skandynawskich autorów kryminałów. Za kilka dni zaliczyłam ostatnią książkę  Jo Nesbo " Pragnienie". Jak i poprzednie książki tego autora, jest napisana świetnym literackim językiem. Znowu do akcji powraca  "popularny" Harry Hole.
     "Chociaż Hole był zapijaczonym aroganckim enfant terrible Wydziału Zabójstw, człowiekiem bezpośrednio i pośrednio winnym śmierci kolegów, którego metody pracy były wysoce wątpliwe, mimo wszystko na jego widok prostowali się na krzesłach. Wciąż bowiem otaczała go ta sama ponura, wręcz budząca grozę aura"
       Jak i w poprzednich książkach śledzimy różne charaktery  pracowników "Wydziału zabójstw", ich prywatne życie, ich zmagania z trudnymi wyzwaniami. I prawie do ostatniej strony nie podejrzewamy, kto jest własciwie przestępcą. Wszystkim , kto jest "uzależniony' od takiej literatury, radzę po tą ksiażkę śmiało sięgać.
        A w Wilnie już dzisiaj nie padał śnieg. Mamy nadzieję, że wiosna nareszcie użyje GPS i dotrze tam, gdzie już musi dawno być.  Serdecznie pozdrawiam wszystkich.


.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Dużo włóczki i dużo stronic...

     
        Po poprzednim, bardzo obfitym w zdjęcia poście, czas na skromniejszą informację, o tym, co się dzierga i co się czyta. Znowu jestem o dzień spóżniona i na spotkanie u Maknety wpadam we czwartek.
       Postanowiłam, że trzeba likwidować zakupione w zimie włóczki, i  czas na trochę większe  projekty. Po długich wahaniach postanowiłam tym razem dziergać sweter od dołu, minimalnie urozmaicając wzór kilkoma płaskimi warkoczami. Proces zapowiada się na dosyć długi, i już ciągnie mnie do dziergania jakiejś małej zabawki, co to bardzo szybko powstaje. Ale obiecałam sobie, że od szydełkowania na jakiś czas się wstrzymam. Zobaczymy, czy wytrwam w swoim postanowieniu.
Sweter, czyli pulower powstaje z dropsowej alpaki. Kolor jest z lekką nutą  zieleni, czego na zdjęciu zupełnie nie widać.




       Już od dłuższego czasu jestem przy tej samej książce "My topielcy" Carstena Jensena. Poradziła mi koleżanka blogowa, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Opowieśc marynistyczna przenosi nas do duńskiego miasteczka portowego Marstal. W miasteczku wszystkich losy są zwiazane z morzem,bo morze to życie i śmierć tych ludzi,  wszystkie drogi prowadzą do portu. Książka okazała się   po mistrzowsku napisaną  sagą ludzkich losów. Jest to powieść o dorastaniu i i dojrzewaniu, o starzeniu się i śmierci, o szkolnym kształceniu dzieci poprzez ciągłe bicie i hartowaniu charakterów na pokładach statków, o wojnie i o ciężkiej doli wdów.
      "Błekit morza i biel żagli , to była "paleta" chłopiecej duszy. A słowo klucz brzmiało "marynarz".Równie dobrze mogło to byc słowo "mężczyzna", bo właśnie obietnica męskości popychała chłopców na morze.
       Dlaczego kobieta zakochuje się w marynarzu? Dlatego, że jest z góry stracony, przywiazany do czegos odległego, nieosiągalnego i w zasadzie niepojętego równiez dla niego samego? Dlatego, że wypływa? Dlatego, że wraca do domu?
      Ubożsi mieszkańcy Marstal nie pytali nawet , czy ich syn wypłynie na morze, czy nie. Należał do morza od dnia urodzenia. Istniało jedyne pytanie, jaką nazwę będzie nosił statek, na który chłopak zaokrętuje sie po raz pierwszy. Istniał tylko taki wybór."
  
 Jeżeli macie chęć zajrzeć do domów duńskich marynarzy i  na przełomie kilkudziesięciu lat śledzić ich losy i losy miasteczka Marstal, to bardzo zachęcam sięgnąć po tą grubą ( 800 stronic) książkę.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich tu zaglądających, i bardzo się cieszę, że takich przybywa.


środa, 19 kwietnia 2017

Kwiecień plecień



   "Kwiecień plecień, ciągle przeplata, trochę zimy trochę lata" Pamiętacie takie przysłowie? Dzisiaj zrobione zdjęcie przy naszym bloku, potwierdza, że przysłowia znikąd się nie biorą.




          A dziesięć dni temu byłam  z uczniami na dwudniowej wycieczce  w Estonii. Rozpieszczała nas słoneczna pogoda. Obiecałam pokazać zdjęcia z wyprawy i trochę poreklamować miejsca, które warto odwiedzić.
           Przypomnę, że trzy kraje nadbałtyckie Litwa, Łotwa i Estonia należały kiedyś do Związku Radzieckiego. Stolica Estonii Tallinn, to bardzo ładne miasto z unikalną starówką, która magicznie przyciąguje turystów.
          Odebrałam zdjęcia, które moim zdaniem, potrafią kogoś przekonać, że warto kiedyś tu przyjechać.






























        W Tallinnie mieliśmy nocleg, a z rana udaliśmy się na wyspę Saaremo. Za czasów radzieckich na ta wyspę turystów nie wpuszczano, bo widocznie były tam ulokowane obiekty bazy wojskowej.
Na wyspie jakby zatrzymał się czas. Spójrzcie sami na te wiatraki:




            A czyż  takie pejzaże  mogą kogoś nie zachwycić?










     Przy Zamku i w Zamku:











     A tu jeziorko, co to powstało w kraterze po meteorycie.


 

    Z   wycieczki wróciłam w bardzo dobrym nastroju. Byłam troche wymęczona fizycznie (bo dużo się chodziło), ale podładowana moralnie. Zwiedziłam miejsca, które bardzo dawno już marzyłam odwiedzić, zapomniałam o codziennej rutynie, no i ... byłam zachwycona moimi dziećmi. Prawda te dzieci prawie wszystkie mają już po 18 lat, ale  w czasie podróży nikt z nich ani razu nie spowodował żadnych kłopotów czy nieporozumień. Nawet kierowca i pilot wycieczki byli mile zaskoczeni i mówili, że tak grzeczni podróżnicy trafili się im po raz pierwszy. 
     Ale ferie mamy już za sobą i od wtorku znowu schylamy głowy nad podręcznikami.

  Co mam do pokazania na środowe spotkania u Maknety? A no mam lalkę z dredami na głowie.

        Z książkami  to jest tak, że  czytam  teraz  czwartą część powieści Eleny Farrante . W poprzedni wpisie zachwycałam się nad pierwszą jej częścią pod tytułem : Genialna Przyjaciółka. Niestety, już druga część okazała się bardzo słabą odnośnie do pierwszej. Trzecia też mnie nie zaskoczyła, ale postanowiłam, że już na czwartej wyrzekać się czytania nie wypada. Więc nadal jestem we włoskim temacie, ciagłe awantury z rękoczynami, zdrady, namietności i rozczarowania. Aż nie chce się wierzyć po pierwszej  części, że przedłużenie napisała ta sama autorka. 
   
       Serdecznie pozdrawiam wszystkich, kto wytrwał i doczytał do tego miejsca. Życzę nam  doczekać się ciepłej wiosennej pogody.