piątek, 10 listopada 2017

Etap skarpetkowy


       Był sobie bardzo kolorowowesoły moteczek wełenki na jednej z półek w pasmanterii.Tak się złożyło, że akurat   potrzebowałam włóczki   na czapkę i też do tej pasmanterii zajrzałam. A kiedy już dokonałam wyboru, to zaczęłam szukać przyczyny, i swój pobyt wsród półek z włóczkami przedłużać . Aby nie wyglądać na dziwaczkę, która tylko się  na włóczki gapi, i nic nie kupuje, musiałam szbciutko zaplanować sobie  jeszcze  jakąś robótkę. I tu raptem widzę ten kolorowy moteczek, i już rozumiem, że będę dziergać skarpety.
   Dziergałam od palców, wedłud kursiku "Intensywnie kreatywnej". Zaliczyłam  przy okazji nową technikę nabierania oczek, i tak sobie umilałam czas przy oglądaniu telewizji. Ale  cała przyjemność skończyła się, kiedy para skarpet była gotowa. Okazało się, że córka chętnie  tą parę przygarnie.

 


 

        A ja chcę dalej dziergać skarpety.  Zaczynam wmawiać sobie, że  zbliża się zima, że mieszkanie mamy na parterze, i w nogi zazwyczaj marźniemy. Wśród włóczkowych zapasów odnajduję kłębuszek malinowej włóczki o nieznanym  składzie i przystępuję natychmiast do następnej pary. I mam - ale już dla siebie.




   














       Zatrzymać się w biegu nie potrafię, i przychodzę do wniosku, że skoro w listopadzie koleżanka z Niemiec ma urodziny, i jak zawsze z tej okazji szykujemy jej przesyłkę, do której zazwyczaj dodaję  jakiś udziergany  przeze mnie  drobiazg , to w tym roku koniecznie dostanie skarpety. Więc wybrałam się znowu do pasmanterii i kupiłam dwa motki "Perły"( 50% wełny), w kremowym kolorze. Włóczka  przyjemna w dotyku, mięciutka i zarazem bardzo mocna nić, co jest niemało ważne przy noszeniu.  Aby się nie powtarzać ,  na górnej części skarpety pozwalam sobie na małe warkoczyki. I znowu udziergałam szybko , i znowu mnie dalej skarpety "kuszą".





       Dotychczas pięty "załatwiałam" sposobem rzędów skróconych. Sposób łatwy, ale skarpety wychodzą raczej na nogę szczupłą. Nam to pasowało. Ale czemuż przy okazji nie nauczyć się dziergania pięty z wstawionym klinkiem, który akuratnie poszerza robótkę, i dlatego przy zakładaniu na nogę nie powstają fałdki. Z filmiku " Kreatywnej "tu nie pojąć tego sposobu się nie da. Więc powstaje znowu kremowa, z warkoczykami i z poszerzaniem poprzez wrabianie klinu. No i mam co porównać.



       Który sposób dziergania bardziej mi odpowiada? Jeszcze na pewno  wypróbuję inne. tak po cichu dojrzewa plan nauki dziergania obu skarpet jednocześnie. Słyszałam, że jeżeli tego sposobu się ktoś nauczy, to już po jednej nigdy nie dzierga. Jestem tego ciekawa.
     
       Jak najbardziej czas ferii jesiennych sprzyja czytaniu.  Więc też z tego skorzystałam. Książkę  Jane Austen"Mansfield park" o losie biednej dziewczyny, która trafia do zamożnej rodziny, jak też powieść Anny Bronte "Agnes Grey" o cieżkiej i upokarzającej pracy guwernantki przeczytałam z przyjemnością i z jakimś sentymentem, bo kiedyś taka literatura dominowała. Czyta się lekko, czasem z uśmieszkiem na ustach, bo niektóre sceny dzisiaj nie mogą być traktowane inaczej. Litteratura ta sprawia wielką przyjemność,  no bo jak  zawsze wiadomo, że skończy się weselem. Szybko do takiej literatury na pewno nie powrócę. 
     Zaś o książce "Wyspa" Victorii Hislop chcę napisać więcej. Autorka opisuje losy ludzi, których dotknęła straszna choroba -trąd. Mieszkańcy Grecji po takiej diagnozie byli izolowani i zsyłani na wyspę Spinalonga. I mimo wszystko, po utracie  kontaktów z rodziną, bo przymusowe zsyłanie oznaczało drogę w jedną stronę, ludzie potrafili na tym małym skrawku  żyć, zakładac ogródki, chodzić do koscioła, prowadzić tawerny, uczyć dzieci w szkole. Po przeczytaniu książki zaczęłam szukać informacji o tej wyspie . I rzeczywiście, jedną z najczęściej odwiedzaną   przez turystów podczas pobytu na Krecie wysp jest Spinalonga.  Ze zdjęć widać, jak małą przestrzeń zamieszkiwali chorzy ludzie, i jak blisko od Krety była ta wysepka, co tylko pogłębiało tragizm zesłanych i ich rodzin. Radzę tą książke przeczytać, a przede wszystkim tym,  kto  planuje urlop na Krecie..

       Pozdrawiam wszystkich i życzę na te jesienne wieczory ciepłej domowej atmosfery i dobrej lektury.












niedziela, 29 października 2017

Dokształcam się

    

        Meteorolodzy radzą ubierać się odpowiednio do pogody, to znaczy ciepło . W sam czas skończyłam dziergać swój " piórkowy'. Jest i zblokowany, i obfotografowany.. Na sweter kupowałam podstawowego koloru tylko cztery moteczki, bo chciałam akurat wykorzystać jeden moteczek ciemnego, który został od "starszego" wiekiem swetra. A ponieważ w swoich zapasach natknęłam się na resztkę wrzosowego moherku Kid Silk, więc powstały takie pasy na dole. Jeszcze nie został "wyprowadzony w świat", ale wygląda, że będzie grzał. Zaś o tym, że "pogrubia" już się przekonałam. Mój wniosek:"piórkowe" sweterki dla osób o "piórkowej" wadze. Niestety...



No i kiedy, jak nie jesienią pasuje zająć się dzierganiem skarpet. Ponieważ nie lubię prac na "pięciu drutach", to z przyjemnością  dziergam od palców. Latem poznałam sposób na rozpoczęcie skarpety rzędami skróconymi, a teraz zaś z filmiku Intensywnie Kreatywnej nauczyłam się nabierania oczek sposobem Magic loop.Nawet  jestem z siebie dumna, że jeszcze lubię się uczyć. Bardzo mi się podoba dziergać skarpety na drutach z żyłką, można sobie pozwolić na to zajęcie przed telewizorem. Ponieważ pojedyńczych motków uzbierało sie niemiara, więc mam zamiar trochę tych skarpet naprodukować, może nawet na prezenty gwiazdkowe.


       A teraz o książce, która mną naprawdę wstrząsnęła. W szkole, oraz z ekranów kin byliśmy przekonywani, że największych zbrodni na ludzkości dokonali hitlerowcy. Wszyscy słyszeliśmy o obozach śmierci i o Holokauście. Z biegiem czasu listę strasznych zbroodni dopełniły zdarzenia w Karabachu, czy też na terenach byłej Jugosławii. Więc nie tylko faszyści...  W swojej książce "Ścieżki północy" Richard Flanagan opisuje losy australijskich żołnierzy, którzy dostali się do niewoli i będąc w japońskich obozach budowali w dżunglach Kolej Śmierci, o której autor tak mówi w jednym ze swoich wywiadów tu :

     " Projekt był faraoniczny — licząca 428 km trasa kolejowa miała przeciąć dżunglę w Syjamie, czyli dzisiejszej Tajlandii oraz w Birmie i miała zostać ukończona w niecały rok. W 1943 roku budowało ją przeszło ćwierć miliona niewolników. Pracowali bez maszyn i podstawowych narzędzi, często nawet nie mieli ubrań. Liczbę ofiar szacuje się na 100-200 tysięcy. To więcej niż w Hiroszimie. Więcej niż słów w mojej książce.
Mój ojciec był jeńcem w obozie na Syjamie — więźniem 335. Przeżył, nie dał się cholerze i całemu obozowemu piekłu. Koniec wojny zastał go w kopalni na południe od Hiroszimy, gdzie wykonywał kolejną niewolniczą pracę. Jego relacje oraz to, o czym milczał, ukształtowały moje dzieciństwo i młodość. To samo dotyczy moich braci i sióstr. Jesteśmy dziećmi Kolei Śmierci."
    Powieść jest jednocześnie trudna i dramatyczna, o miłości i śmierci. Na początku trudno się połapać w wydarzeniach, przekazywanych bez porządku chronologicznego, ale potem razem z głównym bohaterem, osadzonym w obozie chirurgiem Dorrigo Evansem dzień po dniu poznajemy tą straszną rzeczywistość. W 2014 roku za tą powieść Richard Flanagan otrzymał nagrodę Bookera. Bardzo polecam książkę i planuję poznać inne jego dzieła.
  Od poniedziałku aż do 6 listopada mamy wakacje jesienne, i nie muszę chodzić do pracy, więc trochę się  poczyta i podzierga.
    
      Przesyłam pozdrowienia wszystkim tu zaglądającym,i  życzę dobrej lektury na jesienne wieczory.
    



niedziela, 15 października 2017

Jak zaplanować, aby...

         Okazało się, że nie umiem planować. Chodzi o zobowiązania dziewiarskie. Jeszcze niedawno mogłam pochwalić się, że nie posiadam robótek rozpoczętych i odłożonych, albo raczej "zarzuconych". I tu zadziałało przysłowiowe "Nigdy nie mów Nigdy. Musiałam według planów mieć ukończony "piórkowy". No bo dzierga się szybko, wzór nie potrzebuje szczególnej uwagi,więc robótki przybywało, jak i spodziewalam się, aż...Dochodzę do wniosku, że to już pazdziernik na dworze sobie  dobrze się rozgościł, mąż wybiera się na konferencję do Krakowa, gdzie spotka się z córką, a ja niczego jej nie udziergałam. Więc sweter odkłada się jak najdalej, a ja nareszczie znajduję pomysł na realizację czterech motków dropsowej Limy w kolorze miodu i jednego w kolorze kawy z mlekiem. Tak długo nie mogłam ich wykorzystać, więc teraz musiałam dobrze sobie przy robótce posiedzieć, aby zdążyć na czas. Ale udało się. Komin i czapka już zapakowane i jutro dotrą do adresatki. 
      Ponieważ dominował kolor żółty nad brązem, musiałam pokombinować z ich połączeniem  Przy czapce postanowiłam się "dokształcić' i nauczyć  tego, o czym dawno już marzyłam , czyli dwukolorowego ściągacza, albo tak zwanej "Brioszki". Spodziewałam się wielkich trudności, ale z filmiku Zdzisławy wszystko staje się zrozumiałe. Reszta czapki też dziergana z rosyjskiego filmiku, gdzie  bardzo dostępnie wszystko przekazane. Nawet nie prułam, tylko zrobiłam najpierw próbkę sciągacza, aby dobrze obliczyć ilość początkowych oczek. Przy kominie improwizowałam, dziergałam warkocze (prawie jak w czapce)  i same prawe oczka. No i największą niespodziankę sprawił mi mój aparat fotograficzny, bo na pierwszych zdjęciach tak "przekłamał" kolory, że nie mogłam z tym się pogodzić. Ładny soczysty, miodowy kolor wyszedł blado i ubogo, i cały komplet wygladał nijako. Potem nawet wyszłam z robótką na dwór, bo nie mogłam  znieść tego fotograficznego "blefu".  No i zdjęcia na dworze przekazują już te prawdziwe kolory.








        
       Muszę przyznać, że bardzo lubię tą włóczkę. Po blokowaniu wyrób staje sie miękki,przytulny, no i będzie ciepły, bo to wełna  z alpaką. Bardzo się nadaje na czapki zimowe. I czapka, i komin ładnie się układają. Chyba będę musiała sobie też coś podonego udziergać . ( Tylko kiedy?)
    
          Po jednym z wypadów na miasto wracam wlaśnie z tym:

      Jakbym mało miała niezrealizowanych planów i zalegających motków? Ale stało się.

No  i nie mogłam ustać przed takim zakupem:


   Planowałam kupienie plastykowych agrafek i małych markerów, bo takie są potrzebne przy szydełkowaniu maskotek. Tu zaś skusiły mnie jeszcze druty pomocnicze do dziergania warkoczy. Ze wstydem muszę przyznać, że po raz pierwszy na tej czapce wypróbowałam je i nie wyobrażam , jak mogłam bez nich dziergać warkocze. Takie sobie niezaplanowane zakupy sprawiają wiele radości. Chyba nie jedna mnie zrozumie...
   A wybierając wśród książek sięgnęłam po jedną z polecanych na blogach ,czyli  "Powieść bez O" Judith W. Taschler. O ile jeden z wątków wydaje się bardzo banalnym i "oklepanym",no bo tyle już książek  opisuje "trójkąty"małżeńskie, to drugi wątek o zesłanych  dwudziestolatkach z Austrii do łagrów sowieckich, o ludzkim honorze i "najtrudniejszej i najwierniejszej " miłości staje się tym kołem ratunkowym dla całej powieści. Takie przynajmniej miałam wrażenie po przeczytaniu.
     Według prognozy meteorologicznej ma  byćw przyszły tygodniu prawdziwa złota jesień. Życzę wszystkim dobrego nastroju, udanych planów i ich realizacji. 

środa, 27 września 2017

Szewc bez butów...


                                                                  /
                         


         Nie da się nie kochać jesieni w tym roku. Jako pora roku,  ma chyba najmniej zwolenników, ale teraz nas rozpieszcza swoimi  darami. Nigdy jeszcze tak długo nie mieliśmy zielonych drzew, soczystozielonej trawy i tyle dotąd kwitnącyh kwiatów.          
       W Wilnie już od kilku dobrych dni  delektujemy się " babim latem". Pogoda jak to i musi być dopisuje, dużo słońca i jest ciepło. Nawet na działce nie mogliśmy   zabrać się   do tradycyjnych jesiennych prac porządkowych, bo kwiaty kwitną, pszczoły się trudzą, nie wypada przeszkadzać. 
I jak tu nie zgodzic się z Tuwimem?

                                Zobacz, ile jesieni!
                          Pełno jak w cebrze wina,
                          A to dopiero początek,
                          Dopiero się zaczyna.
                                            Nazłociło sie liści,
                                            Że koszami wynosić,
                                            A trawa jaka bujna,
                                            Aż się prosi, by kosić.

                                                              Lato, w butelki rozlane,
                                                              Na półkach słodem się burzy.
                                                              Zaraz korki wysadzi,
                                                              Już nie wytrzyma dłużej...

                      \                                      
     W tym roku dynie nam obrodziły. Na zdjęciu poniżej  miss grządki:18kg, 9kg, 5kg, 2kg. Była i piąta (4kg) ale już zjedzona, bo zupa z nich naporawdę  świetna.

   
     W robótkowym światku po trochu przybywa maskotek dla moich maturzystów, przerzuciłam się na weselsze kolory, zapanował róż i fiolet, ale pokażę nowych zwierzaków w nastepnym poście. 
 

 

       Mimo ciepłych i ładnych dni, kalendarz i meteorolodzy napominają, że jednak chłody nastapią. A "szewc bez butów chodzi". Potrzebny ciepły sweter! Już sporo czasu włóczka na piórkowy oczekuje na kontakt z drutami, ale latem ciepłych rzeczy dziergać nie chciało się. Długo myślałam  jakiego wyzwania się podjąć przy tym sweterku, aby jednocześnie i czegoś nowego nauczyć. Bardzo chciałam dziergać od góry bezszwowo, jeden już taki mam, ale również marzył  się wykrój szpic. Poczytałam rekomendacje bardziej doświadczonych koleżanek i zabrałam się do pracy. Połączyłam dwie niteczki. I po trochu coś powstaje.





        No i jak na środowy wpis przystało, o książkach być musi. Przeczytałam książkę Katarzyny Boni "Ganbare". Japonia po wielkich kataklizmach 2011 roku  na wyspie Fukuschima. Wzruszające reportaże ze spotkań z ludżmi, snującymi swoje opowieści- wspomnienia o tych strasznych wydarzeniach. Bardzo szczegółowo opisana atmosfera na terenie elektrowni przed katastrofą. Niemało informacji będę mogła wykorzystać na swoich lekcjach. Dotychczas byłam pewna, że  tak rozwinięty kraj, jak Japonia, poradził sobie w naprawianiu skutków katastrofy, że ludzie są osiedleni w godnych domach, mają pomoc psychologiczną. Otóż musiałam rozczarować się. Najbliżsi krewni potrafili nie otworzyć drzwi ludziom ze skażonych terenów, a tym czasem w jednej z wiosek mieszka sobie samotny Japończyk, który opiekuje się   opuszczonym bydłem, psami, kotami... Fukuschima po japońsku - "wyspa szczęścia". Nic dodać.

       No i na zakończenie życzę wszystkim,aby jak najdłużej jesień nas swymi ładnymi i pogodnymi dniami rozpieszczała.

             
      
      











niedziela, 3 września 2017

Z nowym rokiem (szkolnym)

    I znowu wrzesień, i znowu "pierwszego". Słyszałam, że w Polsce dzieciaki pójdą do szkoły dopiero w poniedziałek. U nas zaś, na Litwie, już w piątek mieliśmy w szkołach i na uczelniach uroczyste inauguracje nowego roku szkolnego. Od poniedziałku zaś mamy zajęcia. W tym roku moja wychowawcza klasa "pierwszego września" w szkole przeżywa ostatni raz, bo mam klasę maturalną. Czwarty raz stanęłam w tym roku przed swoimi "najdroższymi i najlepszymi" i byłam bardzo wzruszona widząc znowu ich i ich uśmiechy.

 


                                           

            Czyż młodzież nie jest piękna?

 

          Jak widac ze zdjęć u nas każdy uczeń przychodzi tego dnia do szkoły z kwiatkiem dla swojej pani. Oczywiście , że  moje mieszkanie teraz tonie w kwiatach.

 
  















  Spotkanie z moimi "najlepszymi" napomniało mi, że muszę przykładać się do dziergania zabawek-prezentów, bo czas upływa. Ostatnio jeszcze dwa misie dopełniły naszą maskotkową rodzinkę. Więc, ktoś z tych, uśmiechających się w ławce szkolnej, dostanie w maju właśnie ich:

 
        Mam na dzień dzisiejszy 12 i dzierga się 13-ty.

                              
         Tak teraz prezentuje się część mojej "klasy".


  










      
            W czytaniu małe postępy, bo "filozofia" mimo iż napisana dla dzieci czyta się bardzo powoli. W charakterze "przerywnika" wzięłam "Kasację" Remigiusza Mroza. Lubię tego autora i już.
      
          Życzę wszystkim, kogo  do pracy zwołuje dzwonek , dużo sił i wytrwałości, dobrych, kreatywnych, żądnych wiedzy uczni, wyrozumiałej i mądrze postępującej administracji, wychowanych i grzecznych rodzicieli.

























środa, 23 sierpnia 2017

Filozofia z szydełkiem w ręku



         Przegapiłam takie wydarzenie, jak druga rocznica blogowa ( 12 sierpnia), ale nic się nie stało i trochę  spóźnionych refleksji o moim blogowaniu umieszczę w dzisiejszym poście. Otóż największe pytanie, co to dręczy ludzkość "Być, albo nie być?" dopadło i mnie, tylko że w formie "Pisać, czy nie pisać?"  Trzeba przyznać, że latem czytelników bardzo ubyło, a i ilość komentarzy nie dodaje skrzydeł. Więc z jednej strony wypada zrobić podsumowanie, że niewarto, bo nikomu to nie jest potrzebne, a z drugiej strony widzę, że największą korzyść z pisania czerpię sama. I dlatego postanowiłam, że zostaję... A korzyści z pisania bloga doliczyłam się niemiara. Przede wszystkim zyskałam nową koleżankę Marysię z Białegostoku, z którą od bloga do ocznej znajomości doszło. Wymieniam dalej - powtórka z gramatyki, nie zapomnijcie, że nie mieszkam w Polsce i słownik ortograficzny bardzo często jest używany.  Poznałam  wielu "twórców' i ich prace , bo zawsze odwiedzam  blogi  tych, co się odzywają w komentarzach. No i najbardziej cieszę się z towarzystwa "czytających", których opinie bardzo  często pomagają mi w wyborze literatury.
          A teraz korzystając z ostatnich dni lata    zapraszam na krótki  spacerek po naszej działace.




 Takie lilie wyhodowałam w tym roku.

   A ta dynia "kolos"( i jeszcze rośnie), to z tej sadzonki, co na parapecie pielęgnowałam.



  
           Muszę przyznać, że w tym roku nasza działka wygląda nawet na zadbaną, i oko cieszy swoimi kolorami.

              A teraz odkryję rąbka tajemnicy nad czym ostanio pracuję z szydełkiem w ręku. Otóż niejednokrotnie pisałam, że pracuję w szkole (odpowiednik liceum w Polsce). W tym roku mam klasę maturalną i wiosną, po czterech latach obcowania nasza "rodzinka" rozpadnie się. W końcu maja mamy wielką uroczystość nazywaną "Ostatni dzwonek". Wychowawca prowadzi tego dnia  ostatnią lekcję w swojej klasie. Stało się taką niepisaną zasadą, że każdy uczeń otrzymuje jakiś drobny upominek od wychowawcy. Zawsze  mamy problem , co kupić, aby nie było bardzo drogo ( bo mam 28 uczni) , no i żeby prezent miał jakiś sens. Czasami jest to jakiś notes, czasami czekolada w kształcie serca... Jednym słowem z wyborem jest zazwyczaj problem. Myśląc do przodu o takim wydarzeniu, nawiedza  mnie  myśl  na początku lata  ,że zrobię dla każdego wychowanka i podaruję   "ostatnią zabawkę". Z takim entuzjazmem podeszłam do postanowienia,  że akurat za  rok zdażę udziergać tych 28 zabawek szydełkowych. No i zaczęło się. Kilka nawet powstało nad morzem podczas wyjazdu do Chorwacji. Po trochu dłubię przy telewizji i myślę, że z zadaniem wytyczonym sobie zdołam się uporać. Jak widać na zdjęciach, powstają misie, koty i zajączki. Ale każdy jest inny. I o to chodzi, bo przecież każdy, kto te zwierzaki otrzyma, też ma "swój" charakter. Na razie tajemnicza gromadka wygląda tak.





            W trakcie pracy nad maskotkami przychodzę do wniosku, że każdemu swojemu "dziecku" będę dobierać zwierzaka wynajdując między nimi wspólne cechy. Zostało mi udziergać już tylko 18 sztuk, i wtedy będę dopracowywać upiększając je odpowiednio. Dla dziewcząt darowane maskotki chyba dostaną kwiatki na głowę, chłopcom zaś- muszą mieć typowo męskie akscesoria. Więc jak widzicie, nie mam czasu nudzić się.

 

           Czytelniczo zobowiązałam się , że   nareszcie przeczytam ksiażkę, do której już dwukrotnie podchodziłam , czyli Jostein Gaarder "Świat Zofii". Czyta się bardzo powoli, ale mimo iż to jest książka dla dzieci o filozofii i filozofach, to wynajduję w niej bardzo wiele nowego i cennego. Niektóre myśli każą po prostu czytelnikowi zatrzymać się w czytaniu i zastanawiać się  o sensie. Przytoczę kilka przykładów :

  "Kraina szczęścia' nigdy nie powstanie, bo ludzie zawsze stworzą sobie nowe problemy, z którymi będą walczyć."

" Wygląda na to, że w czasie dorastania tracimy zdolność do dziwienia się światem. Tracimy wówczas coś bardzo istotnego co filozofowie powtórnie usiłują pobudzić do życia, bo gdzieś w głębi nas samych tkwi coś, co podpowiada nam, że życie jest wielką zagadką."

" W jednym pytaniu zawierać się może więcej prochu niż w tysiącu odpowiedzi."

" Jesteśmy jak aktorzy wypuszczeni na scenę bez uprzednio wystudiowanej roli, bez znajomości scenariusza i bez suflera, który w odpowiedniej chwili szepnie nam, co mamy robić. Sami musimy wybrać, jak chcemy żyć."

"Pójść drogą tylko kawałek to nie to samo, co wybrać złą drogę."

 A do czytania  tej właśnie książki teraz natchnęła mnie  Anetta, z którą co środę spotykamy się dzięki Maknecie.    

    Serdecznie pozdrawiam wszystkich, kto do tego miejsca doczytał.

środa, 9 sierpnia 2017

Allende w skarpetkach


          W ostatnim poście ponarzekałam sobie, że tego lata niczego nowego z techniki dziergania nie oswoiłam. A jeżeli człowiek niczego nowego się nie uczy, to przestaje rozwijać się. A jeżeli człowiek się nie rozwija , dalej logicznie podsumowuję , to cofa się w rozwoju. Czy mnie to jest potrzebne?
         Więc aby nie stać się "zacofaną i douczyć  się"  czegoś nowego, postanowiłam od razu ustrzelić kilka zająców.  Będzie to sposób na dzierganie skarpet od palców i wyrabianie pięty rzędami skróconymi. Po pierwsze- chce tego nauczyć się. Po drugie- obiecałam małemu Filipowi udziergać skarpety na jesień. Po trzecie- nie zapomniałam jeszcze o takim wyzwaniu, jak wyrabianie resztek włóczki, a skarpety dziecięce bardzo do tego się nadają. Zgłaszam skarpety jako sierpniowy  udział w akcji  WZW.
       Jak zawsze, kiedy uczę się czegoś nowego, przeglądam kilka kursików z opisem wykonania, i uczę sie w toku dziergania i prucia. Aby utrwalić  nabytą umiejetność, machnęłam po pierwszej parze drugą. Wiadomo, że skarpety są bardzo "krótkowieczne", szybko się przecierają do dziur, no i druga para ma nieco dłuższą "cholewkę".
 
         Technika takiego dziergania jest naprawdę łatwa, daje możność regulownia długości stopy poprzez przymierzanie. Aby trochę "wzmocnić" piętę dodałam przy jej wyrabianiu dodatkową nitkę.
No i jedno zobowiązanie jest już wykreślone z listy.  Niestety jeszcze mam sporo "obiecanek " poczynionych przy niektórych okolicznościach (czasami bardzo lekko się obiecuje), włóczka czeka, a chęci brak. Widocznie winna temu pogoda, bo u nas na razie "prawdziwe" lato.No i jak zawsze dużo czasu pochłania czytanie. Więc podyskutujmy razem z Maknetą o "swoich" czytelniczych wyzwaniach.

     
          Już niejednokrotnie pisałam, że uwielbiam prozę Isabel Allende. Lubię jej styl pisania, jej sposób przedstawiania bohaterów tak, że nawet ich wady są przez czytelnika aprobowane.  Starałąm się przeczytać wszystko tej autorki co wpadało mi w ręce, i tak jakoś się stało, że została pominięta jej pierwsza książka " Dom duchów". Jestem zauroczona tą przedziwną atmosferą panujacą w opisywanych rodzinach Estebana Trueby i jego żony Clary. Autorka tak sprawnie maluje otaczająca bohaterów rzeczywistość, że nawet "dziwne" i "niewiarygodne " zachowanie niektórych nie budzi podejrzenia. Przedstawiciele opisywanego rodu są prawdziwi, ambitni, choć nie zawsze postępujacy odpowiednio. Nigdzie nie jest wskazane miejsce akcji, ale czytelnik musi się domysleć, że opisywane są dzieje historyczne Chile. I można śmiało nazwać powieść udaną sagą rodzinną, w której mimo tak ważnej persony Estebana Trueby najwiekszą uwagę czytelnika przykuwają losy opisywanych kobiet. Czytam nie spiesząc się i cieszę, że jeszcze sporo mam tej książki do przeczytania. Film, który według powieści został  nakręcony  i nazwany "Dom dusz" też potwierdza wagę tego dzieła. Muszę obejrzeć, nawet z tego powodu, że gra w nim Meryl Streep.
       Wszystkim tu zaglądajacym życzę dobrej "resztki " lata, dobrych książek, filmów i wrażeń.





czwartek, 3 sierpnia 2017

Wydarzenia "z książki wzięte"



      Jeżeli Makneta  , jak pisze, "zaszalała czytelniczo" i za tydzień przeczytała aż trzy książki, to ja mam "zastój czytelniczy" , bo nie uporałam się nawet z jedną. Bo to niezwykła książka.  Chodzi o "Blackout" Marca Elsberga. Wsród czytelników  wywołała ona dwojakie wrażenie. Jedni ją nie przyjęli kategorycznie, inni zaś okrzyknęli  najlepszym  thrillerem naukowym połączonym z powieścią sensacyjną. Nie mogłam pominąć tej pozycji z kilku powodów. Po pierwsze -rekomendował mi ją bardzo mój syn, a ponieważ raczej jest obeznany z moimi wymogami czytelniczymi, więc spodziewałam się od tej książki sporo.  Po drugie- jako fizyk musiałam ją przeczytać, bo autor w swojej powieści opisuje, jak dzień po dniu na europejskich obszarach pozbawionych prądu elektrycznego rośnie chaos. Najpierw widzimy przerażenie zwykłych obywateli, co to nie mają możliwości skorzystać z windy, wziąć prysznic, korzystać ze środków informacji, zrobić zakupy, bo nie działają bankomaty. Stopniowo codzienne życie szeregowych obywateli załamuje się, a na mapie Europy przybywa czerwonych plam, co to wskazują, że powierzchnia terenów pozbawionych elektryczności  ciągle rośnie.

    "System sygnalizacji: zielony kolor wskazywał, że z siecią jest wszystko w porządku. Żółty oznaczał zakłócenia. Czerwony - całkowity blackout. Dzięki europejskiemu systemowi ostrzegawczemu każdy operator w każdej chwili wiedział, jeśli gdziekolwiek w sieci groziło niebezpieczeństwo kryzysu. W czasach całkowitej globalizacji, również sektora energetycznego, była to bezwarunkowa konieczność."


   Tym czasem bardzo ostra, dramatyczna  i napięta atmosfera jest na szczeblu władz, gdzie muszą być podejmowane bardzo odpowiedzialne decyzje... Jak widzicie książka musi trzymać w napięciu czytelnika, tylko według mnie musi to być czytelnik na taką pozycję przyszykowany. Co mam na myśli? Przede wszystkim, że książka liczy przeszło 800 stron, i trzeba się nastawić, że niektóre sceny są rzeczywiście zbyt rozciągnięte. No i lżej we wszystkim się połapać, jeżeji czytelnik jest trochę obeznany z zasadami produkowania i przekazywania energii elektrycznej, wówczas wiele z  opisywanych sytuacji będą mu bardziej zrozumiałe.
      Czytam i rozważam sobie beztrosko, jak i większośc czytelników, że jest to tylko powieść, i przecież podobnych sytuacji nie będzie nam dane przeżyć. Aż  tu wczoraj słyszę w wiadomościach, że w Rosji, na Dalekim Wschodzie 1 sierpnia nastapiła awaria w systemie przekazywania energii elektrycznej. Ponad 1,5 miliona mieszkańców zostało bez prądu. Automatycznie wyłączono pięć linii wysokiego napięcia. Wstrzymano ruch pociagów, oraz przekazywanie energii elektrycznej do Chin. Ciarki mi przeszły po takiej informacji. Proszę, kawał powieści zrealizował się. Przyczyną, jak podaje się, było krótkie spięcie na linii przekazu.
      Wówczas szybko wracam myślami do opisywanej w książce awarii na atomowej elektrowni we Francji, i kojarzę sobie fakt, że tearz na Białorusi , 50 km od mojego Wilna, buduje się nowa elektrownia atomowa, która będzie produkowała enrgię elektryczną już  za kilka lat. Niestety zapobiec budowie władze litewskie nie są w stanie, ale plan ewakuacji Wilna , na wszelki wypadek, będzie rozpracowany. I znowu poważne refleksje.
     Przy takiej książce jestem teraz, czytam i coraz poważniej  rozpatruję każdy w niej opisywany fakt, i przychodzę do różnych wniosków...



      
      Zarzuciłam trochę dzierganie, i chociaż ciągle coś powstaje, to jednak mam pretensje do siebie, iż nic nowego z technik ostatnio nie opanowałam. Może to tak lato dyktuje, a może tak trzeba na razie. Więc wczoraj znowu poszydełkowałam przy filmie i powstało kilka pojemniczków ze sznurka ( wyrabiam pozostałości), którymi bardzo lubię obdarowywać kogoś przy okazji, bo zazwyczaj widzę, że takie drobnostki sprawiają radość.
       Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę dobrego sierpnia, z łagodną pogodą, dobrą książką, odpowiednim towarzystwem.


t