Translate

niedziela, 3 maja 2026

Kraków, magnolie i włóczki





         Maj wkroczył ze znacznym ociepleniem pogody. Przynajmniej w najbliższym tygodniu meteorolodzy nie zapowiadają  niespodzianek w postaci śniegu. W kwietniu skorzystałam  z zaproszenia córki i wyskoczyłam na kilka dni do Krakowa, gdzie zastałam  prawdziwą wiosenną pogodę. Szczególnie moje oko cieszył widok kwitnących magnolii. U nas w Wilnie, te drzewka nie mają szans na przetrwanie zimy,więc z wielkim zauroczeniem podziwiałam te piękne okazy,  które są chyba wiosenną wizytówką miasta.

 

                      

 

 

         Wyjazd miałam bardzo udany, bo towarzyszyły mi w tej wyprawie trzy cudowne wydarzenia. Po pierwsze było zaplanowane spotkanie "na żywo"z blogową koleżanką Marią Zofią, z którą obcując online poczułam szczególną więź. Posty Marii zawsze mnie rozczulają, podziwiam jej literackie zdolności, bo w każdym poście potrafi tak rozwinąć temat, iż wydaje się, że czytasz jakiś traktat filozoficzny, ale o robótkach ręcznych. Bardzo byłam ciekawa poznać tą miłą osobę. 

       Zaplanowane spotkanie się odbyło. Od razu zrozumiałam, że jest to człowiek, z którym czuję  się, jakby po kilkudziesięciu latach przyjaźni. Spacerowałyśmy  uliczkami Krakowa, Maria opowiadała o bliskich jej sercu miejscach w tym mieście. A w kawiarence  przy kawie mówiłyśmy i mówiłyśmy. Zaiskrzyło między nami, mogłyśmy podejmować różne tematy, miałyśmy podobne zdania w  wielu kwestiach. I jeszcze oprócz zamiłowania do rękodzieła jesteśmy obie uzaleznione od książek. W miłej armosferze upłynęło kilka godzin, pożegnałyśmy się, aby spotkać następnego dnia na Targach włóczki. 

      

       

 

 

 

 

 

 

 

 

    Z córką poszłam wieczorem do Teatru Słowackiego na musical "1989". Bogato zdobione wnętrze teatru, piękne schody i mnóstwo loż przenoszą widzów w szcególną uroczystą atmosferę . Bardzo słynny w Polsce musical ukazuje  przyczynę upadku komunizmu. Muzyczna oprawa, rep i groteska pomagają widzom poznać skomplikowane życie rodzin Frasyniuków, Wałęsów, Kuroniów. Bardzo dostępnie, rok po roku, wydarzenie po wydarzeniu, przy pomocy archiwalnych zdjęć, monologów i tańca dociera do widza  historia powstania i działania "Solidarności". Byłam wzruszona i zauroczona grą aktorów. Nie pamiętam, abym ostatnio w takim nastroju opuszczała teatr. Wszystkim goraco polecam obejrzeć to przedstawienie.Z przyjemnością poszłabym powtórnie.  


 

         

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    W sobotę  rano spacerkiem ruszyłyśmy z córką w stronę Hali, w której miała odbywać się "magia" włóczkowa , czyli "Krakoski Yarnmark 2026". Byłam zaskoczona, że jeszcze przed otwarciem targów zastałyśmy przed Halą duży tłum rękodzielniczek, a jednocześnie ucieszył mnie fakt, że było tu sporo młodzieży. Niebawem odnalazła mnie w tym tłumie Maria i razem zanurzyłyśmy się w ten bliski nam świat  "włóczkomaniaczek".

 

 

                   

      Kiedy po rejestracji trafiłam na salę ze stoiskami, to zwyczajnie  pogubiłam się, nie mogłam skupić się, nie potrafiłam  zdecydować  się, co do zakupów. Po prostu chodziłam i gapiłam się na wystawione produkty, motki włóczek, wyroby dziewiarskie, akcesoria. Chyba Maria wyczytała z mojej twarzy te roztargnienie, bo zaraz zabrała mnie na taras, gdzie trochę ochłonęłam przy kawie, porozmawiałyśmy znowu o wszystkim. Podziwiałyśmy cudowną  altankę zrobioną z ogromniastych kwadratów babuni. Potem znowu wróciłyśmy na salę, i już po trochu zaczęłam ogarniać sytuację , skupiłam się i wyszukiwałam potrzebne mi włóczki. W hali brzmiało, jak w ulu. Bardzo często gromadziły się grupki osób, które rozpoznawały siebie z blogów czy z włóczkowych sklepów. Również nam udało się zamienić kilka słów z Iwoną Eriksson. Okazała się bardzo sympatyczną, miłą osobą. 

      Na koniec zdecydowałam się na zakup niebieskiej bawełny na letni top, dobrałam do niej motek z delikatnymi cekinami. Do torby trafiły też metki, oraz książka  "Amigurumi". 

 

                                                     

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Po wyściu z imprezy uświadomiłam sobie, że nareszcie spełniło się jedno z moich najskrytszych marzeń. Byłam zachwycona panującą atmosferą, i już wiem, że dalej marzę, aby   znowu kiedyś odwiedzić taki jarmark włóczkowy.

W domu praktycznie tylko nocowałyśmy. Była to moja siódma wizyta w tym mieście. Znowu chciało się pospacerować ulicami Kazimierza, odwiedzić Planty, poszukać symboli miasta, czyli  fikuśnych "smoków" .

 

 

 

 

 

 

 

 

                                         

     Z żalem w sercu żegnałam się z córką i z Krakowem. Z każdym przyjazdem zakochuję się w tym mieście od nowa. 

 

Wszystkim tu zaglądajacym życzę ciekawych podróży...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     







 

wtorek, 14 kwietnia 2026

...i po Świętach

                                                 


   Minęły Święta, zostały miłe wspomnienia i zdjęcia. W tym roku do świątecznego śniadania zasiadaliśmy  u syna i synowej  w Warszawie. W wielką sobotę z rana my wyjechaliśmy z Wilna, a córka z Krakowa. Muszę przyznać, że lubię spędzać czas świąteczny po za domem, automatycznie unika się przedświątecznego stresu, a rodzina jest razem. Nawet pogoda nam sprzyjała, bo wyjechaliśmy z bardzo ochłodzonej Litwy, a w Warszawie w niedzielę słupek rtęci skoczył aż do 20C. Po sutym śniadaniu i przy tak wspaniałej pogodzie chciało się wybrać za obręby miasta. Pojechaliśmy zwiedzać Radziejowice, a konkretnie zespół pałacowo -parkowy,  który często reżyserzy wykorzystują jako tło do filmów. Piękny staw, aleje, zabytkowy pałac i zameczek przyciągują masy zwiedzających, więc nie zabr                      

 

 

                                               

                                                                                

                               

                                

                                                                                   

      W czasie podróży, która trwa od Wilna do Warszawy 5 godzin, powstawały skarpety z resztek Opalu. Przecież musiałam zabrać ze sobą druty i włóczkę. 

                                                           

 

 

     Córce przywiozłam świeżo udziergany kardiganik. Na szczęście trafiłam z rozmiarem, bo wiadomo, kiedy się robi bez przymiarki, to trochę tej obawy bywa,  czy będzie pasował. Kardigan powstał z połączenia dwóch włóczek dropsowskich- Fabel i Kid Silk moher. Z takiego zestawu zrobiłam sobie sweter, który bardzo dobrze się spisuje przy noszeniu. Jest lekki, ciepły, mięciutki, no i co niemało ważne - niedrogi wariant. Robiłam gładkim ściegiem, więc trochę urozmaiciłam sweterek elementami ażuru, umieszczając go na plecach, na rękawach i u dołu. Robiłam z góry, reglanem, zamykając oczka ikordem. Jak zawsze zaliczyłam kilka pruć.  

                                            

 

                                                  

                                                                          

      

       Teraz słów kilka o dziwnym zbiegu okoliczności. Zawsze z  zazdrością czytałam relacje koleżanek blogowych z różnych ciekawych spotkań dziewiarskich, festiwali, targów. Jak by się chciało zanurzyć w takiej atosferze. Córka zaprosiła mnie na 17 kwietnia na spektakl do Krakowa, z czego się bardzo ucieszyłam. A już kilkakrotnie pisałyśmy do siebie  z Marią Zofią, że wartałoby mi przyjechać do Krakowa i zapoznać się osobiście (bo znamy się z blogów). Więc  przy takiej okazji informuję Marię Zofię o swoich planach, a ona mówi mi, że 18 kwietnia odbędą się krakowskie Targi włóczkowe. Warto marzyć, nawet jeżeli marzenia nie wydają się realne. Już myślami bryluję wśród regałów z włóczką. 

  A teraz o książkach, bo Święta też czytaniu sprzyjają. Więc zacznę od tego, co mnie bardzo poruszyło. Kiedyś, kilka lat temu, przeczytałam powieść Roy Jacobsena "Niewidzialni". Byłam zachwycona tą historią jednej rodziny, mieszkającej na małej wysepce, i borykającej się z różnymi wyzwaniami.  

       I teraz na portalu "Lubimy czytać" wpada mi w oko informacja o drugiej, trzeciej i czwartej książce z tej serii. Oczywiście, że chciałam poznać dalszy los bohaterów, więc przeczytałam od nowa "Niewidzialnych" i kolejno " Białe morze", następnie " Oczy z Rigela'' i "Tylko matka". Nie mogłam sie oderwać od czytania. Kolejny raz podziwiam kuszt pisarzy skandynawskich, którzy szczególnie po kunsztowsku potrafią przekazać czytelnikom historie tych bohaterskich narodów, mieszkających w surowych warunkach klimatycznych. Polecam bardzo, warto poznać, jak na tak małej przestrzeni otoczonej wodą, ludzie potrafili stworzyć dla siebie i swoich bliskich  tak "wielki" świat. 

        Wszystkim tu zaglądającym życzę odważnych marzeń i nadziei na ich spełnienia. 

    

środa, 4 marca 2026

Już niby wiosenne, a jeszcze zimowe Wilno


       Zacznę od dzisiejszego spaceru do pobliskiego jeziorka, gdzie spodziewałam się napotkać  więcej oznak  nadchodzącej, chociaż bardzo nieśmiało, wiosny. Mimo, że we dnie mamy już temperaturę powietrza powyżej zera, to jednak w nocy -2C -5C wstrzymuje topnienie śniegu, którego nadal mamy pod dostatkiem, szczególnie poza miastem.  

 

                                        

  Te zimowe pejzaże przekonały mnie, że jeszcze mogę spełnić prośbę jednej z czytelniczek moich blogów. Otóż zostałam poproszona o pokazanie  zimowego Wilna. Więc chciałabym tym samym przekonać wszystkich że te nasze Wilno jest po prostu pprzepiękne o każdej porze roku. A tej zimy wyglądało tak.

 

 

 








   Na pewno wielu z was pozna widziane już obiekty i zakątki naszego pięknego miasta. A jeżeli ktoś jeszcze tu nie był, to zapraszam , warto przyjechać.

     Jak zawsze trochę relacji z rękodzielnictwa. W ubiegłym roku na wiosnę obdarowałam swoją córkę Alicję  cieniutkim sweterkiem "pajęczynką" z moheru. Wyrób się udał, ale zostało mi kilka motków, które nie pasowały jako dodatek do żadnego innego projektu, więc dokupiłam jeszcze dwa moteczki i postanowiłam, że też mogę mieć swoją "pajęczynkę". Ostatnio nie kupuję żadnej włóczki, trochę uszczuplam  zapasy, więc też przyszła kolej na realizację planów moherowych. I tu mam problem, rozumiem, że musi to być bardzo przemyślany projekt, bo i tak dzianina dodaje mi objętości, a moher tym bardziej, bo się  puszy. Nie miałam pojęcia jak do tego się zabrać, jakim wzorem dziergać. Ponieważ bardzo dużo dziewiarek prowadzi blogi naYou Tube, więc zaczęłam wyłapywać blogerki o puszystych kształtach i podpatrywać co i jak  tworzą dla siebie. I znalazłam. Na blogu Tatjany ujrzałam ją w ładnym obszernym moherowym swetrze, który absolutnie nie dodawał kilogramów, a ładnie prezentował się na właścicielce. Pojęłam, że musi być odpowiedni kształt swetra, aby rękawy imitowały kimono, wtedy powstaje potrzebny luz w biuście. Robi się taki sweter od góry, na ramieniu dodawałam w każdym rzędzie po oczku. U kilku autorek nazywano taki wyrób "kokonem". Podobnie robiłyśmy swetry u Reni Witkowskiej, tylko tu rękaw nie z nabieranych oczek, a tylko jak w reglanie wykańczany po zrobieniu ciała. No i chciałam mieć duży golf, przy układaniu którego można różnie improwizować. Zużyłam 115 gramów Kid Silk Moheru od Dropsa, nr 27. Robiłam drutami 3,75. A tu wynik mojej dwutygodniowej pracy. Po blokowaniu okazało się, że chce się skrócić o kilka cetymetrów jak długość swetra, tak też i rękawy. Zachciałam, sprułam, skróciłam.





 

 

 

 


  A teraz czytelnicze rozmyślania.

  Charlotte McConaghy "Mroczny dziki brzeg".  Książka, która wywarła na mnie ogromne wrażenie, wszystkich jej bohaterów polubiłam, rozumiałam ich, im współczułam.Na malutkiej wyspie u wybrzeży Antarktydy ojciec i trojga dzieci pełnią bardzo szlachetną, humanitarną misję. To kolejna powieść tej pisarki, która zanurza czytelnika w głębokie refleksje. Polecam bardzo, wszystkim...

    Remigiusz Mróz "Węzeł czasu". Książka nie dla mnie. Zrozumiałam to po kilkudzieięciu stronach. Nie przekonały mnie poczynania superbohaterki, która przeniosła się z Opola  2025 roku  do Oppeln w 1931 rok, aby zabić Hitlera. Chyba nie sięgałabym po tą książkę, ale jutro w Domu  Polskim  w Wilnie będzie spotkanie w klubie książki, aby omówić właśnie tą powieść. Bardzo jestem ciekawa, jak się to będzie odbywało, więc  zarejestrowałam się i dlatego sumiennie przeczytałam. Nie śpieszę z polecaniem.

   Z noblistów Tomas Mann "Czarodziejska góra''. Jestem w toku słuchania drugiego tomu z  audiobooka. Mam bardzo mieszane uczucia, bo bardzo dużo róznorodnych filozoficznych wątków się omawia, nie zawsze potrafię zanurzyć się w atmosferę powieści. Wytrwam i dosłucham do końca, bo czuję, że warto.

      Wszystkim tu zaglądajacym życzę miłych, radosnych wiosennych wydarzeń i odpowiedniej dla każdego czytelnika literatury.