poniedziałek, 1 stycznia 2018

Rok z "żółtym"psem

          Wszystkim, kto "celowo" lub "niechcąco" zajrzał na tą stronę, życzę dobrego roku, z dobrymi nowinami, i radosnymi wydarzeniami.
            Jak i w ubiegłe lata w Wilnie, na Placu Katedralnym stoi niepowtarzalna choinka. Internauci w plebiscycie na najładniejsza choinkę stolic europejskich wybrali właśnie wileńską. Aż duma rozpiera.
 


        Nie chcę podsumowywać wydarzeń tego roku, co to dotknęły mnie i moją rodzinę. Było i dużo chwil radosnych, i tych smutnych też. Chcę raczej spojrzeć na swoje miejsce w roku ubiegłym wśród grona czytelników, jak też i dziewiarek.
        Więc na początek dorobek czytelniczy. Przeczytałam 55 książek i jestem z tego zadowolona. Takich, którymi się rozczarowałam, albo żałowałam poświęconego na czytanie czasu było bardzo mało.
        Moje Top-5 wygląda tak:
       1.Paul Yuong "Chata"
       2. Wiesław Maciejewski "Traktat z łuskania fasoli"
       3.Richard Falangan "Ścieżki północy"
       4. Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze
       5. Zygmunt Miłoszewski "Domofon"
    Taka ta moja lista, tak mi się to ułożyło.
     
     Ostatnio przeczytane w grudniu:       
    Khaled Hosseini "I góry odpowiedziały echem”, Justyna Wydra "Ponieważ wróciłam"
      Tomasz Sekielski „Zapach suszy   Monika Sznajderman „Fałszerze pieprzu”. 

         Uwielbiam książki Khaleda Hosseini . W tej również bardzo dostępnie i konsekwentnie autor wraz z bohaterami prowadzi nas przez różne wydarzenia historyczne w Afganistanie,  ale uważam ,że jego  " Chłopiec z latawcem " jest najlepszą z jego powieści.
     Książka Justyny Wydry do mnie nie dotarła. Chociaż, to może ja do niej nie dorosłam.
     Tomasz Siekielski stara się w swoim thrillerze politycznym pokazać Polskę z przed kilkoma laty. Handel ludźmi, porachunki szefów mafii, walka o stołki polityczne... Nie wiem , czy sięgnę po następne dwie z tej trylogii. Słyszałam, że "Sejf" tegoż autora powala z nóg.
      O książce "Fałszerze pieprzu najtrafniej mówi sama autorka"
       "Wbrew tytułowi, to nie jest książka historyczna. To książka o pamięci. A właściwie o dwóch pamięciach, które się w żadnym miejscu nie spotykają. I o losach, które od stuleci toczyły się równolegle, nigdy razem. Losach moich dwóch rodzin - polskiej i żydowskiej".

     Nie było w tym roku też kryzysu i na "froncie" robótkowym. Poznałam kilka nowych technik, zaczęłam dziergać rzeczy, które kiedyś odnosiłam do kategorii  "niedostępnych dla mnie". 
W prezencie dla syna udziergałam duży, ciepły sweter z Limy. Właściciel  się ucieszył i serdecznie dziękował. Dziergałam od dołu, na okrągło, bez zszywania boków. Zużyłam 700g Limy, i cały projekt jest "z głowy".

 



   No i jak to bywa przy dzierganiu objętościowych rzeczy trochę nas łapie nuda, więc z radością rzuciłam się do dziergania "żółtego psa", który to jest symbolem tego roku.  Jak zaplanowałam, tak się też stało, piesek powstał przed północą 31 grudnia, i razem z nami spotkał " swój" rok.





      Jeszcze raz pozdrawiam wszystkich tu zaglądających.  Życzę, aby każdy z nas był w tym roku zadowolony i dumny z siebie.


poniedziałek, 4 grudnia 2017

Grudniowych rozważań trochę...

      Nigdy dotąd nie miałam w domu wieńca adwentowego, a znowu wczoraj po przyjściu z kościoła doszłam do wniosku, że właśnie tego symbolu nam na stole brakuje. Oczywiście dotąd widziałąm mnówstwo ładnych, przemyślanie skomponowanych wieńców, z ładnymi czterema jednakowymi świecami, i rozumiałam, że moja kompozycja będzie "inna". Swiece miałam różne, a na imitację wieńca poszło wszystko co miałam pod ręką: kasztany, szyszki, kamuszki, muszelki i nawet kawałeczki bursztynu ( taki sobie litewski akcent). No i nawet ta raczej "taca adwentowa" jest do przyjęcia, a po zapaleniu świecy w domu zrobiło się cieplej i przytulniej.




      Ponieważ miesiąc grudzień jest bardzo nasycony na wydarzenia, i często ciężko ze wszystkich obowiązkowych postanowień wywiązać się, to w tym roku 30 listopada napisałam sobie listę obowiązkowych prac i czynności, aby czegoś bardzo ważnego nie przeoczyć. Lista składa się  prawie z trzydziestu punktów, a całkowicie skreślić na dzień dzisiejszy mogę tylko dwa. Rety!
        Jednym z najbardziej pracochłonnych punktów, jest "sweter dla syna". Zamówiłam "Limę" dropsową, 19 motków, i planuę w dzień po jednym  motku przerabiać, w taki sposób muszę zdążyć, i będę  kontrolowała swoje tempo pracy. Ach te plany.


        
         Ponieważ dawno nie chwaliłam się, jak mi gromadka rośnie, więc przy okazji trochę nowych zwierzaków dzisiaj :






          Muszę jeszcze  udziergać 8 maskotek, ale do ostatniego dzwonka jeszcze daleko.


  
         No i ostatni bardzo " błyskawiczny" projekcik, to kapcie- baletki. Na udzierganie jednego potrzebowałam dosłownie godziny. Korzystałam z filmiku tu.




    Na pewno jeszcze kilka par takich " balerinek" udziergam, bo można wykorzystać różne resztki włóczek, bo takie "coś" często jest bardzo przydatne w podróży.
  

 Specjalnie w swoich planach grudniowych pominęłam  punkt"czytanie", bo wówczas ucierpiałyby inne pilne prace.  Więc na czytanie w grudniu chyba będę poświęcać czas nocny, co i tak u mnie często sie zdarza. Ostatnio przeczytałam Jodi Picoult "To co zostało" i Ewy Winnickiej "Był sobie chłopczyk". Obie książki z tych, co się nie da zapomnieć.
W książce Ewy Winnickiej opisana jest prawdziwa historia dwuletniego Szymka, którego martwe ciało wyłynęlo w jednym ze stawów Cieszyna. Osobom wrażliwym radzę nie czytać, bo pokazne jest ludzkie "dno", najgorsze instynkty, znieczulica środowiska, obojętność sąsiedzka. Najwięcej sympatii wzbudzają fukcjonariusze policji, którzy przez dwa lata pilnie starali się rozwikłać sprawę.
   
Jodi Picoult poruszyła w swej powieści wiele bardzo ważnych problemów.Jak często bywa w jej ksiażkach bohaterowie są powiązani ze sobą poprzez dawne wydarzenia z przeszłości.
" Każdy ma jakąś opowieść, każdy ukrywa swoją przeszłość, by siebie chronić, tylko niektórzy robią to skuteczniej niż inni."
  Autorka próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, czy każdą zbrodnię można wybaczyć? W powieści przeplatają się losy ofiar Holokaustu i ich oprawców.
"Myślałam - mówię, opierając czoło na ramieniu siostry - że piorun nie uderza dwa razy w to samo miejsce. - Uderza, uderza. - zapewnia mnie siostra. - Ale tylko wtedy kiedy człowiek popisze się głupotą i stoi dalej w tym samym miejscu".
      
    Poozdrawiam serdecznie wszystkich tu zagladających i życzę racjonalnych planów i udanej ich realizacji.
   

piątek, 10 listopada 2017

Etap skarpetkowy


       Był sobie bardzo kolorowowesoły moteczek wełenki na jednej z półek w pasmanterii.Tak się złożyło, że akurat   potrzebowałam włóczki   na czapkę i też do tej pasmanterii zajrzałam. A kiedy już dokonałam wyboru, to zaczęłam szukać przyczyny, i swój pobyt wsród półek z włóczkami przedłużać . Aby nie wyglądać na dziwaczkę, która tylko się  na włóczki gapi, i nic nie kupuje, musiałam szbciutko zaplanować sobie  jeszcze  jakąś robótkę. I tu raptem widzę ten kolorowy moteczek, i już rozumiem, że będę dziergać skarpety.
   Dziergałam od palców, wedłud kursiku "Intensywnie kreatywnej". Zaliczyłam  przy okazji nową technikę nabierania oczek, i tak sobie umilałam czas przy oglądaniu telewizji. Ale  cała przyjemność skończyła się, kiedy para skarpet była gotowa. Okazało się, że córka chętnie  tą parę przygarnie.

 


 

        A ja chcę dalej dziergać skarpety.  Zaczynam wmawiać sobie, że  zbliża się zima, że mieszkanie mamy na parterze, i w nogi zazwyczaj marźniemy. Wśród włóczkowych zapasów odnajduję kłębuszek malinowej włóczki o nieznanym  składzie i przystępuję natychmiast do następnej pary. I mam - ale już dla siebie.




   














       Zatrzymać się w biegu nie potrafię, i przychodzę do wniosku, że skoro w listopadzie koleżanka z Niemiec ma urodziny, i jak zawsze z tej okazji szykujemy jej przesyłkę, do której zazwyczaj dodaję  jakiś udziergany  przeze mnie  drobiazg , to w tym roku koniecznie dostanie skarpety. Więc wybrałam się znowu do pasmanterii i kupiłam dwa motki "Perły"( 50% wełny), w kremowym kolorze. Włóczka  przyjemna w dotyku, mięciutka i zarazem bardzo mocna nić, co jest niemało ważne przy noszeniu.  Aby się nie powtarzać ,  na górnej części skarpety pozwalam sobie na małe warkoczyki. I znowu udziergałam szybko , i znowu mnie dalej skarpety "kuszą".





       Dotychczas pięty "załatwiałam" sposobem rzędów skróconych. Sposób łatwy, ale skarpety wychodzą raczej na nogę szczupłą. Nam to pasowało. Ale czemuż przy okazji nie nauczyć się dziergania pięty z wstawionym klinkiem, który akuratnie poszerza robótkę, i dlatego przy zakładaniu na nogę nie powstają fałdki. Z filmiku " Kreatywnej "tu nie pojąć tego sposobu się nie da. Więc powstaje znowu kremowa, z warkoczykami i z poszerzaniem poprzez wrabianie klinu. No i mam co porównać.



       Który sposób dziergania bardziej mi odpowiada? Jeszcze na pewno  wypróbuję inne. tak po cichu dojrzewa plan nauki dziergania obu skarpet jednocześnie. Słyszałam, że jeżeli tego sposobu się ktoś nauczy, to już po jednej nigdy nie dzierga. Jestem tego ciekawa.
     
       Jak najbardziej czas ferii jesiennych sprzyja czytaniu.  Więc też z tego skorzystałam. Książkę  Jane Austen"Mansfield park" o losie biednej dziewczyny, która trafia do zamożnej rodziny, jak też powieść Anny Bronte "Agnes Grey" o cieżkiej i upokarzającej pracy guwernantki przeczytałam z przyjemnością i z jakimś sentymentem, bo kiedyś taka literatura dominowała. Czyta się lekko, czasem z uśmieszkiem na ustach, bo niektóre sceny dzisiaj nie mogą być traktowane inaczej. Litteratura ta sprawia wielką przyjemność,  no bo jak  zawsze wiadomo, że skończy się weselem. Szybko do takiej literatury na pewno nie powrócę. 
     Zaś o książce "Wyspa" Victorii Hislop chcę napisać więcej. Autorka opisuje losy ludzi, których dotknęła straszna choroba -trąd. Mieszkańcy Grecji po takiej diagnozie byli izolowani i zsyłani na wyspę Spinalonga. I mimo wszystko, po utracie  kontaktów z rodziną, bo przymusowe zsyłanie oznaczało drogę w jedną stronę, ludzie potrafili na tym małym skrawku  żyć, zakładac ogródki, chodzić do koscioła, prowadzić tawerny, uczyć dzieci w szkole. Po przeczytaniu książki zaczęłam szukać informacji o tej wyspie . I rzeczywiście, jedną z najczęściej odwiedzaną   przez turystów podczas pobytu na Krecie wysp jest Spinalonga.  Ze zdjęć widać, jak małą przestrzeń zamieszkiwali chorzy ludzie, i jak blisko od Krety była ta wysepka, co tylko pogłębiało tragizm zesłanych i ich rodzin. Radzę tą książke przeczytać, a przede wszystkim tym,  kto  planuje urlop na Krecie..

       Pozdrawiam wszystkich i życzę na te jesienne wieczory ciepłej domowej atmosfery i dobrej lektury.












niedziela, 29 października 2017

Dokształcam się

    

        Meteorolodzy radzą ubierać się odpowiednio do pogody, to znaczy ciepło . W sam czas skończyłam dziergać swój " piórkowy'. Jest i zblokowany, i obfotografowany.. Na sweter kupowałam podstawowego koloru tylko cztery moteczki, bo chciałam akurat wykorzystać jeden moteczek ciemnego, który został od "starszego" wiekiem swetra. A ponieważ w swoich zapasach natknęłam się na resztkę wrzosowego moherku Kid Silk, więc powstały takie pasy na dole. Jeszcze nie został "wyprowadzony w świat", ale wygląda, że będzie grzał. Zaś o tym, że "pogrubia" już się przekonałam. Mój wniosek:"piórkowe" sweterki dla osób o "piórkowej" wadze. Niestety...



No i kiedy, jak nie jesienią pasuje zająć się dzierganiem skarpet. Ponieważ nie lubię prac na "pięciu drutach", to z przyjemnością  dziergam od palców. Latem poznałam sposób na rozpoczęcie skarpety rzędami skróconymi, a teraz zaś z filmiku Intensywnie Kreatywnej nauczyłam się nabierania oczek sposobem Magic loop.Nawet  jestem z siebie dumna, że jeszcze lubię się uczyć. Bardzo mi się podoba dziergać skarpety na drutach z żyłką, można sobie pozwolić na to zajęcie przed telewizorem. Ponieważ pojedyńczych motków uzbierało sie niemiara, więc mam zamiar trochę tych skarpet naprodukować, może nawet na prezenty gwiazdkowe.


       A teraz o książce, która mną naprawdę wstrząsnęła. W szkole, oraz z ekranów kin byliśmy przekonywani, że największych zbrodni na ludzkości dokonali hitlerowcy. Wszyscy słyszeliśmy o obozach śmierci i o Holokauście. Z biegiem czasu listę strasznych zbroodni dopełniły zdarzenia w Karabachu, czy też na terenach byłej Jugosławii. Więc nie tylko faszyści...  W swojej książce "Ścieżki północy" Richard Flanagan opisuje losy australijskich żołnierzy, którzy dostali się do niewoli i będąc w japońskich obozach budowali w dżunglach Kolej Śmierci, o której autor tak mówi w jednym ze swoich wywiadów tu :

     " Projekt był faraoniczny — licząca 428 km trasa kolejowa miała przeciąć dżunglę w Syjamie, czyli dzisiejszej Tajlandii oraz w Birmie i miała zostać ukończona w niecały rok. W 1943 roku budowało ją przeszło ćwierć miliona niewolników. Pracowali bez maszyn i podstawowych narzędzi, często nawet nie mieli ubrań. Liczbę ofiar szacuje się na 100-200 tysięcy. To więcej niż w Hiroszimie. Więcej niż słów w mojej książce.
Mój ojciec był jeńcem w obozie na Syjamie — więźniem 335. Przeżył, nie dał się cholerze i całemu obozowemu piekłu. Koniec wojny zastał go w kopalni na południe od Hiroszimy, gdzie wykonywał kolejną niewolniczą pracę. Jego relacje oraz to, o czym milczał, ukształtowały moje dzieciństwo i młodość. To samo dotyczy moich braci i sióstr. Jesteśmy dziećmi Kolei Śmierci."
    Powieść jest jednocześnie trudna i dramatyczna, o miłości i śmierci. Na początku trudno się połapać w wydarzeniach, przekazywanych bez porządku chronologicznego, ale potem razem z głównym bohaterem, osadzonym w obozie chirurgiem Dorrigo Evansem dzień po dniu poznajemy tą straszną rzeczywistość. W 2014 roku za tą powieść Richard Flanagan otrzymał nagrodę Bookera. Bardzo polecam książkę i planuję poznać inne jego dzieła.
  Od poniedziałku aż do 6 listopada mamy wakacje jesienne, i nie muszę chodzić do pracy, więc trochę się  poczyta i podzierga.
    
      Przesyłam pozdrowienia wszystkim tu zaglądającym,i  życzę dobrej lektury na jesienne wieczory.
    



niedziela, 15 października 2017

Jak zaplanować, aby...

         Okazało się, że nie umiem planować. Chodzi o zobowiązania dziewiarskie. Jeszcze niedawno mogłam pochwalić się, że nie posiadam robótek rozpoczętych i odłożonych, albo raczej "zarzuconych". I tu zadziałało przysłowiowe "Nigdy nie mów Nigdy. Musiałam według planów mieć ukończony "piórkowy". No bo dzierga się szybko, wzór nie potrzebuje szczególnej uwagi,więc robótki przybywało, jak i spodziewalam się, aż...Dochodzę do wniosku, że to już pazdziernik na dworze sobie  dobrze się rozgościł, mąż wybiera się na konferencję do Krakowa, gdzie spotka się z córką, a ja niczego jej nie udziergałam. Więc sweter odkłada się jak najdalej, a ja nareszczie znajduję pomysł na realizację czterech motków dropsowej Limy w kolorze miodu i jednego w kolorze kawy z mlekiem. Tak długo nie mogłam ich wykorzystać, więc teraz musiałam dobrze sobie przy robótce posiedzieć, aby zdążyć na czas. Ale udało się. Komin i czapka już zapakowane i jutro dotrą do adresatki. 
      Ponieważ dominował kolor żółty nad brązem, musiałam pokombinować z ich połączeniem  Przy czapce postanowiłam się "dokształcić' i nauczyć  tego, o czym dawno już marzyłam , czyli dwukolorowego ściągacza, albo tak zwanej "Brioszki". Spodziewałam się wielkich trudności, ale z filmiku Zdzisławy wszystko staje się zrozumiałe. Reszta czapki też dziergana z rosyjskiego filmiku, gdzie  bardzo dostępnie wszystko przekazane. Nawet nie prułam, tylko zrobiłam najpierw próbkę sciągacza, aby dobrze obliczyć ilość początkowych oczek. Przy kominie improwizowałam, dziergałam warkocze (prawie jak w czapce)  i same prawe oczka. No i największą niespodziankę sprawił mi mój aparat fotograficzny, bo na pierwszych zdjęciach tak "przekłamał" kolory, że nie mogłam z tym się pogodzić. Ładny soczysty, miodowy kolor wyszedł blado i ubogo, i cały komplet wygladał nijako. Potem nawet wyszłam z robótką na dwór, bo nie mogłam  znieść tego fotograficznego "blefu".  No i zdjęcia na dworze przekazują już te prawdziwe kolory.








        
       Muszę przyznać, że bardzo lubię tą włóczkę. Po blokowaniu wyrób staje sie miękki,przytulny, no i będzie ciepły, bo to wełna  z alpaką. Bardzo się nadaje na czapki zimowe. I czapka, i komin ładnie się układają. Chyba będę musiała sobie też coś podonego udziergać . ( Tylko kiedy?)
    
          Po jednym z wypadów na miasto wracam wlaśnie z tym:

      Jakbym mało miała niezrealizowanych planów i zalegających motków? Ale stało się.

No  i nie mogłam ustać przed takim zakupem:


   Planowałam kupienie plastykowych agrafek i małych markerów, bo takie są potrzebne przy szydełkowaniu maskotek. Tu zaś skusiły mnie jeszcze druty pomocnicze do dziergania warkoczy. Ze wstydem muszę przyznać, że po raz pierwszy na tej czapce wypróbowałam je i nie wyobrażam , jak mogłam bez nich dziergać warkocze. Takie sobie niezaplanowane zakupy sprawiają wiele radości. Chyba nie jedna mnie zrozumie...
   A wybierając wśród książek sięgnęłam po jedną z polecanych na blogach ,czyli  "Powieść bez O" Judith W. Taschler. O ile jeden z wątków wydaje się bardzo banalnym i "oklepanym",no bo tyle już książek  opisuje "trójkąty"małżeńskie, to drugi wątek o zesłanych  dwudziestolatkach z Austrii do łagrów sowieckich, o ludzkim honorze i "najtrudniejszej i najwierniejszej " miłości staje się tym kołem ratunkowym dla całej powieści. Takie przynajmniej miałam wrażenie po przeczytaniu.
     Według prognozy meteorologicznej ma  byćw przyszły tygodniu prawdziwa złota jesień. Życzę wszystkim dobrego nastroju, udanych planów i ich realizacji. 

środa, 27 września 2017

Szewc bez butów...


                                                                  /
                         


         Nie da się nie kochać jesieni w tym roku. Jako pora roku,  ma chyba najmniej zwolenników, ale teraz nas rozpieszcza swoimi  darami. Nigdy jeszcze tak długo nie mieliśmy zielonych drzew, soczystozielonej trawy i tyle dotąd kwitnącyh kwiatów.          
       W Wilnie już od kilku dobrych dni  delektujemy się " babim latem". Pogoda jak to i musi być dopisuje, dużo słońca i jest ciepło. Nawet na działce nie mogliśmy   zabrać się   do tradycyjnych jesiennych prac porządkowych, bo kwiaty kwitną, pszczoły się trudzą, nie wypada przeszkadzać. 
I jak tu nie zgodzic się z Tuwimem?

                                Zobacz, ile jesieni!
                          Pełno jak w cebrze wina,
                          A to dopiero początek,
                          Dopiero się zaczyna.
                                            Nazłociło sie liści,
                                            Że koszami wynosić,
                                            A trawa jaka bujna,
                                            Aż się prosi, by kosić.

                                                              Lato, w butelki rozlane,
                                                              Na półkach słodem się burzy.
                                                              Zaraz korki wysadzi,
                                                              Już nie wytrzyma dłużej...

                      \                                      
     W tym roku dynie nam obrodziły. Na zdjęciu poniżej  miss grządki:18kg, 9kg, 5kg, 2kg. Była i piąta (4kg) ale już zjedzona, bo zupa z nich naporawdę  świetna.

   
     W robótkowym światku po trochu przybywa maskotek dla moich maturzystów, przerzuciłam się na weselsze kolory, zapanował róż i fiolet, ale pokażę nowych zwierzaków w nastepnym poście. 
 

 

       Mimo ciepłych i ładnych dni, kalendarz i meteorolodzy napominają, że jednak chłody nastapią. A "szewc bez butów chodzi". Potrzebny ciepły sweter! Już sporo czasu włóczka na piórkowy oczekuje na kontakt z drutami, ale latem ciepłych rzeczy dziergać nie chciało się. Długo myślałam  jakiego wyzwania się podjąć przy tym sweterku, aby jednocześnie i czegoś nowego nauczyć. Bardzo chciałam dziergać od góry bezszwowo, jeden już taki mam, ale również marzył  się wykrój szpic. Poczytałam rekomendacje bardziej doświadczonych koleżanek i zabrałam się do pracy. Połączyłam dwie niteczki. I po trochu coś powstaje.





        No i jak na środowy wpis przystało, o książkach być musi. Przeczytałam książkę Katarzyny Boni "Ganbare". Japonia po wielkich kataklizmach 2011 roku  na wyspie Fukuschima. Wzruszające reportaże ze spotkań z ludżmi, snującymi swoje opowieści- wspomnienia o tych strasznych wydarzeniach. Bardzo szczegółowo opisana atmosfera na terenie elektrowni przed katastrofą. Niemało informacji będę mogła wykorzystać na swoich lekcjach. Dotychczas byłam pewna, że  tak rozwinięty kraj, jak Japonia, poradził sobie w naprawianiu skutków katastrofy, że ludzie są osiedleni w godnych domach, mają pomoc psychologiczną. Otóż musiałam rozczarować się. Najbliżsi krewni potrafili nie otworzyć drzwi ludziom ze skażonych terenów, a tym czasem w jednej z wiosek mieszka sobie samotny Japończyk, który opiekuje się   opuszczonym bydłem, psami, kotami... Fukuschima po japońsku - "wyspa szczęścia". Nic dodać.

       No i na zakończenie życzę wszystkim,aby jak najdłużej jesień nas swymi ładnymi i pogodnymi dniami rozpieszczała.

             
      
      











niedziela, 3 września 2017

Z nowym rokiem (szkolnym)

    I znowu wrzesień, i znowu "pierwszego". Słyszałam, że w Polsce dzieciaki pójdą do szkoły dopiero w poniedziałek. U nas zaś, na Litwie, już w piątek mieliśmy w szkołach i na uczelniach uroczyste inauguracje nowego roku szkolnego. Od poniedziałku zaś mamy zajęcia. W tym roku moja wychowawcza klasa "pierwszego września" w szkole przeżywa ostatni raz, bo mam klasę maturalną. Czwarty raz stanęłam w tym roku przed swoimi "najdroższymi i najlepszymi" i byłam bardzo wzruszona widząc znowu ich i ich uśmiechy.

 


                                           

            Czyż młodzież nie jest piękna?

 

          Jak widac ze zdjęć u nas każdy uczeń przychodzi tego dnia do szkoły z kwiatkiem dla swojej pani. Oczywiście , że  moje mieszkanie teraz tonie w kwiatach.

 
  















  Spotkanie z moimi "najlepszymi" napomniało mi, że muszę przykładać się do dziergania zabawek-prezentów, bo czas upływa. Ostatnio jeszcze dwa misie dopełniły naszą maskotkową rodzinkę. Więc, ktoś z tych, uśmiechających się w ławce szkolnej, dostanie w maju właśnie ich:

 
        Mam na dzień dzisiejszy 12 i dzierga się 13-ty.

                              
         Tak teraz prezentuje się część mojej "klasy".


  










      
            W czytaniu małe postępy, bo "filozofia" mimo iż napisana dla dzieci czyta się bardzo powoli. W charakterze "przerywnika" wzięłam "Kasację" Remigiusza Mroza. Lubię tego autora i już.
      
          Życzę wszystkim, kogo  do pracy zwołuje dzwonek , dużo sił i wytrwałości, dobrych, kreatywnych, żądnych wiedzy uczni, wyrozumiałej i mądrze postępującej administracji, wychowanych i grzecznych rodzicieli.