sobota, 26 marca 2016

Dobrych Świąt

                             Życzmy sobie wszyscy, aby świąteczny poranek rozpoczął się:
                                           od uśmiechu,
                                           od wyciągniętej ręki na pojednanie,
                                           od bezinteresownie okazywanej miłości do bliżniego.

      Agato, prezent dotarł na miejsce przeznaczenia, i od rana pełni swoją funkcję: nas wszystkich rozwesela.

     Dzięki za sówkę. Już ją lubimy. Podziwiamy Twój kunszt.



wtorek, 22 marca 2016

"Pojadacz " włóczki


           Zmagając się z niewykorzystanymi zasobami   włóczki zdawałam sobie sprawę, że nigdy sobie pudeł nie opróżnię nawet o połowę, jeżeli będę i dalej dziergać nieduże rzeczy. Ubywało niteczek, ale żółwim tempem, i prawie nie dało się tych ubytków zauważyć. No,  bo ile może włóczki pochłonąć cienutka chusta, albo szal?
         Ciągle myślałam o jakimś projekcie, który zawczasu nazwałam "pojadaczem" włóczki. Aż pewnego razu w internecie natknęłam się na wzór dzierganego dywanika. Projekt był dostępnie rozpisany w języku rosyjskim, więc po przestudiowaniu doszłam do wniosku, że dam sobie  radę. Czyż można było ustać przed takim pięknem?


          

        Zaczęłam od szykowania surowca. Dużo różnych moteczków i kłębuszków połączyłam w duże kłębki, dobierając według koloru i starając się osiagnąć określoną grubość nitki roboczej. Oko cieszyło się, że włóczki ubywa .
       
 

       Rozpoczęłam robótkę  według opisu i po dwóch trójkątach doszłam  do wniosku, że to co widzę nie podoba mi się absolutnie. Szkoda czasu - pomyślałam, sprułam i postanowiłam robić po "swojemu".
      Widział mi się prosty dywanik prostokątny,  dziergany tylko wzorem francuskim. Ponieważ  projektantka ze mnie "żadna", więc byłam przygotowana na to, że wszystko może zakończyć się kolejnym pruciem. Trochę "pogrubiłam"  kłębki  i do roboty. Zmieniałam kolory, aby nie było monotonnie, i praca mnie pochłonęła. To, co zaczęło wyrysowywać się z pod drutów, wyglądało zachęcająco, nawet doczekałam się uznania domowników.

 




     Najbardziej cieszyło mnie to, że musiałam co rusz dokręcać  kłębki, bo gruba nitka szybko ubywała. Nitka była łączona z 5-6 , aby uzyskać odpowiednią grubość. Do kłębka wkręcało się różne resztki, które już były bez perspektyw na zużycie. 
    

      I tak powstał dywanik o wymiarach  55x95. Zupełnie inny, ale za to "mój". No i nie zawiódł jako "pojadacz"  włóczki. Jest gruby i  miły w dotyku, 
 








Pozdrawiam z Wilna, jeszcze ciągle  czekającego na wiosnę.
Honorata

































sobota, 19 marca 2016

Pierwsze ananasy







          We wczorajszej zapowiedzi pogody  meteorolodzy oznajmili powrót  zimy na najbliższe dni z temperaturą w nocy do -8 C. Więc szukamy tej wiosny,  gdzie się tylko da. Przed tygodniem zanurzyłam do wody gałązki forsycji. Teraz mam na swoich 67 kwadratowych metrach prawdziwą wiosnę. Żółty kolor w mieszkaniu częściowo uzupełnia nam brak promieni słonecznych.








         Przy okazji pochwalę się  swoją świeżo wydziergana serwetką. Od dawna planowałam spróbować swoich sił w dzierganiu "ananasów". W internecie natknęłam się na schemacik, który bardzo mnie zaintrygował. Niestety zdjęcie nie oddaje tej gry kolorów, bo serwetka jest żółtozłota i ładnie prezentuje się jak na ciemnym, tak i na białym tle.



          Jeszcze muszę się nauczyć usztywniania i symetrycznego naciągania serwetek. Sam proces zajął mi dwa wieczory telewizyjne.
          Życzę wszystkim słonecznej niedzieli Palmowej.  Pozdrowienia z  Wilna.
 Honorata
     P.S:    Po kilku godzinach: widok z okna. Przepowiednie meteorologiczne sprawdzają się.






sobota, 12 marca 2016

Historia mojej ciżemki





      Nazwę postu podyktowało wspomnienie z lat dzieciństwa, kiedy to za udział w konkursie tygodnika "Płomyczek" otrzymałam nagrodę w postaci książki  Antoniny Domańskiej "Historia żółtej ciżemki". Wśród swoich rowieśników byłam jakiś czas na miarę "gwiazdy", co to otrzymała nagrodę z zagranicy. Polska była wówczas dla nas tajemniczym krajem pełnym zachwytów i marzeń. Książkę przechowuję do dziś i myślę, że trzeba ponownie ją przeczytać, bo opisuje perypetie ucznia Wita Swosza.
    Historia "moich" ciżemek jest taka. Jedną z przyczyn ich powstania  jest wyrabianie "przypadkowych " włóczek, ale najbardziej mnie przekonała do tej robótki - prostota schematu. Żadnego zszywania  (tego nie lubię w dzierganych rzeczach), nie można omylić się z rozmiarem, bo ciągle można w trakcie roboty przymierzać.
Bardzo szybko widać efekt, jak to na tej nodze leży, i bardzo szybko powstaje końcowa decyzja - dalej
dziergać, czy spruć.
     Próbna para szaroniebieska (włóczka z przypadkowych kłębuszków bez metryki i nieokreślonego wieku) została zaproponowana córce na przetestowanie w noszeniu. Więc moje ciżemki , jak i te w  książce
Domańskiej znalzły się w Krakowie. Po ogłoszeniu werdyktu, że są dobre i może być jeszcze następna para,  postanawiam zlikwidować bezpański motek bladoróżowej półwełenki, niewiadomego pochodzenia.
   Nad każdą parą pracowałam po dwa wieczory, ale myślę, że dla niektórych będzie to robótka na jeden wieczór.
     Jeżeli ktoś chce skorzystać z moich doświadczeń, to służę pomocą:
  1) na druty  ( nr 4,5) nabrałam 11 oczek. Włóczka na podeszwie była złożona w 3 nitki. Praerabiałam wzorem francuskim na długośc stopy.
2) Po osiągnięciu odpowiedniej długości i przerabiając rządek z obu stron centralnego oczka,( u mnie 6-go)
przerabiam po dwa oczka razem. Na drutach zostaje 9 oczek z wyrażnie wyróżniającym się oczkiem centralnym.
3) Na druty z żyłką dobieram wzdłuż całej robótki oczka z brzegów.  Miałam po 29 wzdłuż
 długich boków i jeszcze na krótkim 11. Teraz jest oczek 78.
4) Wszystkie następne rzędy można przerabiać dowolnym wzorem, ja robiłam same prawe oczka, nie zapominając w każdym okrążeniu gubić po dwa oczka z obu stron centralnego.
5) Zaczyna zarysowywać się forma przyszłej ciżemki. Można robić przymiarkę, i upewnić się czy trafiło się z rozmiarem.
6) Na określonej wysokości decydujemy, że już można oczka zamykać, bo kapeć dobrze trzyma się na nodze. Zamykamy oczka dosyć lużno, ja miałam 30 oczek do zamknięcia.

 
         Gotowa para czeka aż przyszła właścicielka zawita na Święta do rodzinnego domu .


         Serdeczne pozdrowienia z Wilna. Życzę wszystkim udanych planów przedświątecznych.
   Honorata

niedziela, 6 marca 2016

Jarmark Kaziukowy w Wilnie


        Jak co roku na starówkę ciągną tłumy  mieszkańców i gości miasta . Od 4 marca  trwa tradycyjny, znany już szeroko poza naszym krajem  " Kaziukowy Jarmark".  Wilnianie mówią na jarmark - "Kaziuki".
W dokumentach historycznych o kiermaszu wileńskim wspomina się przed czterystu laty. Obecnie jest to trzydniowa impreza, która nawet gościnnie przenosi się do niektórych polskich miast, gdzie jest niemało kresowiaków. 

     
        Dzisiaj mimo dość zimnej pogody na zakończenie jarmarku zebrało sie bardzo dużo ludzi. Oprócz wilnian było sporo turystów, często  rozbrzmiewała też polska mowa, oraz były nawet polskie stragany.
      Nie wszyscy przychodzą na zakupy. Wielka część publiki idzie po prostu pogapić się, oddać sie tej świątecznej atmosferze, pochodzić między stoiskami z różnymi często "dziwacznymi" wyrobami miejscowych i przyjezdnych mistrzów.
   Chcę przekazać tą niecodzienną atmosferę miasta poprzez zdjęcia. Ponieważ  było bardzo dużo emocji,  i aby nie pogubić się wśród nich, postanowiłam rozdzielić zdjęcia na trzy grupy: "Stragany i stoiska", "Ludzie", "Palmy".


Stragany i stoiska




  





 
 






Ludzie
                 Najmilszym akcentem jarmarku  były uśmiechnięte twarze odwiedzających. Aż dziwnie, że wśród tylu ludzi nie było widać zgorzkniałych min, ani nie było  słychać  narzekań. Więc- jarmarki muszą być.


 

 
                                      




  
Palmy



   Oczywiście jak zawsze, tego roku też królową  na jarmarku była palma. Nie ma obojętnych, jak ktoś nie kupuje to z zachwytem ogląda. Palma jest wizytówką, symbolem Wileńszczyzny. Wykonuje się je  z zasuszonych traw i kwiatów w kilku wioskach podwileńskich.  Palmiarki z Wileńszczyzny niejednokrotnie  na wystawach międzynarodowych wystawiały swoje dzieła.








                                                                                             





Chyba wielu przekonałam, że zwiedzać Wilno warto w marcu ze względu na "Kaziuki".
Pozdrawiam wszystkich  -Honorata