Translate

piątek, 31 lipca 2026

Jestem, piszę...

          

          Nie wycofuję się z blogowania, i jeszcze nawet zdążę z wpisem w ostatniej chwili lipca. Trochę za długo trwała ta przerwa, ale tak się składało, że jakiś czas upływał bez relacji blogowych. 

    Co się dzieje w naszym "królestwie"? Otóż życie się toczy po utartych ścieżkach. Po wiosennych pracach ogrodowych, teraz coraz więcej uwagi potrzebuje działka. Skoro zasadziło się pomidorami i ogórkami szklarnię, więc musimy dojezdżać na podlewanie, koszenie, plewienie, i tak w kółko. Ale teraz, w lipcu, widok kwitnących roślin, oraz słodkie młodziutkie  ogóreczki z grzędy wynagradzają nasze wysiłki. Niedawno pewien zagorzały ogrodnik zarzucił mi, że mój blog staje się  się coraz bardziej "włókienniczy". Niech te zdjęcia będą dowodem, że nie zaniedbuję swojej działki. 











     Prawda jest taka, że w naszym "ogródeczku" nie ma idealnego porządku.  Grządki nie są urządzane idealnie  według linijki, wśród ogórków panoszy się koper wraz z kosmosami, a cebuli strzeże poduszka bezpieczeństwa z aksamitek. Ale odpowiada nam taka wiejska, nieidealna atmosfera na działce.

    Co do tematu rękodzielniczego, to oczywiście, że się działo. Tylko, że  maj i czerwiec upłynął mi przy dzierganiu wyprawki dla naszej wnusi. Z wielkich rozmiarów musiałam przeorientować się na najmniejsze z możliwych, czyli dla noworodka. Udało mi się zrobić dwa kocyki, wełniany i bawełniany, body, czapeczkę i  skarpeteczki.     

                     


        
 
   
 
   14 lipca w naszej rodzinie zapanowała ogromna radość, bo na świat przyszła malutka Klara,
 nasza pierwsza wnuczka. W przyszłą niedzielę po raz pierwszy zobaczymy naszą "radość" na żywo, bo bardzo często łaczymy się online i podglądamy, jak maleństwo się ma. W prezencie dostanie od nas karuzelkę do łóżeczka z szydełkowanymi elementami.
 

                        
 
    Książek również za ten czas  przeczytałam niemało. Warte polecenia są następujące pozycje : 

 Camilla Lackberg "Płaczka" , Izabela Janiszewska "Zamknięte  w lodzie" dobre kryminały, odpowiednia literatura urlopowa.
  Virginia Evans "Korespondentka", Fredrik Backman "Moi przyjaciele"- książki o prawdziwej przyjaźni, która może wytrzymać przeróżne próby, pokonać odległości i przetrwać wieki... Wspaniałe powieści, głębokie przemyślenia w czytelniku wzbudzające. 
 
     Wszystkim tu zagladajacym życzę wspaniałego sierpnia, dobrej pogody, miłych niespodzianek.
 

niedziela, 3 maja 2026

Kraków, magnolie i włóczki





         Maj wkroczył ze znacznym ociepleniem pogody. Przynajmniej w najbliższym tygodniu meteorolodzy nie zapowiadają  niespodzianek w postaci śniegu. W kwietniu skorzystałam  z zaproszenia córki i wyskoczyłam na kilka dni do Krakowa, gdzie zastałam  prawdziwą wiosenną pogodę. Szczególnie moje oko cieszył widok kwitnących magnolii. U nas w Wilnie, te drzewka nie mają szans na przetrwanie zimy,więc z wielkim zauroczeniem podziwiałam te piękne okazy,  które są chyba wiosenną wizytówką miasta.

 

                      

 

 

         Wyjazd miałam bardzo udany, bo towarzyszyły mi w tej wyprawie trzy cudowne wydarzenia. Po pierwsze było zaplanowane spotkanie "na żywo"z blogową koleżanką Marią Zofią, z którą obcując online poczułam szczególną więź. Posty Marii zawsze mnie rozczulają, podziwiam jej literackie zdolności, bo w każdym poście potrafi tak rozwinąć temat, iż wydaje się, że czytasz jakiś traktat filozoficzny, ale o robótkach ręcznych. Bardzo byłam ciekawa poznać tą miłą osobę. 

       Zaplanowane spotkanie się odbyło. Od razu zrozumiałam, że jest to człowiek, z którym czuję  się, jakby po kilkudziesięciu latach przyjaźni. Spacerowałyśmy  uliczkami Krakowa, Maria opowiadała o bliskich jej sercu miejscach w tym mieście. A w kawiarence  przy kawie mówiłyśmy i mówiłyśmy. Zaiskrzyło między nami, mogłyśmy podejmować różne tematy, miałyśmy podobne zdania w  wielu kwestiach. I jeszcze oprócz zamiłowania do rękodzieła jesteśmy obie uzaleznione od książek. W miłej armosferze upłynęło kilka godzin, pożegnałyśmy się, aby spotkać następnego dnia na Targach włóczki. 

      

       

 

 

 

 

 

 

 

 

    Z córką poszłam wieczorem do Teatru Słowackiego na musical "1989". Bogato zdobione wnętrze teatru, piękne schody i mnóstwo loż przenoszą widzów w szcególną uroczystą atmosferę . Bardzo słynny w Polsce musical ukazuje  przyczynę upadku komunizmu. Muzyczna oprawa, rep i groteska pomagają widzom poznać skomplikowane życie rodzin Frasyniuków, Wałęsów, Kuroniów. Bardzo dostępnie, rok po roku, wydarzenie po wydarzeniu, przy pomocy archiwalnych zdjęć, monologów i tańca dociera do widza  historia powstania i działania "Solidarności". Byłam wzruszona i zauroczona grą aktorów. Nie pamiętam, abym ostatnio w takim nastroju opuszczała teatr. Wszystkim goraco polecam obejrzeć to przedstawienie.Z przyjemnością poszłabym powtórnie.  


 

         

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    W sobotę  rano spacerkiem ruszyłyśmy z córką w stronę Hali, w której miała odbywać się "magia" włóczkowa , czyli "Krakoski Yarnmark 2026". Byłam zaskoczona, że jeszcze przed otwarciem targów zastałyśmy przed Halą duży tłum rękodzielniczek, a jednocześnie ucieszył mnie fakt, że było tu sporo młodzieży. Niebawem odnalazła mnie w tym tłumie Maria i razem zanurzyłyśmy się w ten bliski nam świat  "włóczkomaniaczek".

 

 

                   

      Kiedy po rejestracji trafiłam na salę ze stoiskami, to zwyczajnie  pogubiłam się, nie mogłam skupić się, nie potrafiłam  zdecydować  się, co do zakupów. Po prostu chodziłam i gapiłam się na wystawione produkty, motki włóczek, wyroby dziewiarskie, akcesoria. Chyba Maria wyczytała z mojej twarzy te roztargnienie, bo zaraz zabrała mnie na taras, gdzie trochę ochłonęłam przy kawie, porozmawiałyśmy znowu o wszystkim. Podziwiałyśmy cudowną  altankę zrobioną z ogromniastych kwadratów babuni. Potem znowu wróciłyśmy na salę, i już po trochu zaczęłam ogarniać sytuację , skupiłam się i wyszukiwałam potrzebne mi włóczki. W hali brzmiało, jak w ulu. Bardzo często gromadziły się grupki osób, które rozpoznawały siebie z blogów czy z włóczkowych sklepów. Również nam udało się zamienić kilka słów z Iwoną Eriksson. Okazała się bardzo sympatyczną, miłą osobą. 

      Na koniec zdecydowałam się na zakup niebieskiej bawełny na letni top, dobrałam do niej motek z delikatnymi cekinami. Do torby trafiły też metki, oraz książka  "Amigurumi". 

 

                                                     

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Po wyściu z imprezy uświadomiłam sobie, że nareszcie spełniło się jedno z moich najskrytszych marzeń. Byłam zachwycona panującą atmosferą, i już wiem, że dalej marzę, aby   znowu kiedyś odwiedzić taki jarmark włóczkowy.

W domu praktycznie tylko nocowałyśmy. Była to moja siódma wizyta w tym mieście. Znowu chciało się pospacerować ulicami Kazimierza, odwiedzić Planty, poszukać symboli miasta, czyli  fikuśnych "smoków" .

 

 

 

 

 

 

 

 

                                         

     Z żalem w sercu żegnałam się z córką i z Krakowem. Z każdym przyjazdem zakochuję się w tym mieście od nowa. 

 

Wszystkim tu zaglądajacym życzę ciekawych podróży...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     







 

wtorek, 14 kwietnia 2026

...i po Świętach

                                                 


   Minęły Święta, zostały miłe wspomnienia i zdjęcia. W tym roku do świątecznego śniadania zasiadaliśmy  u syna i synowej  w Warszawie. W wielką sobotę z rana my wyjechaliśmy z Wilna, a córka z Krakowa. Muszę przyznać, że lubię spędzać czas świąteczny po za domem, automatycznie unika się przedświątecznego stresu, a rodzina jest razem. Nawet pogoda nam sprzyjała, bo wyjechaliśmy z bardzo ochłodzonej Litwy, a w Warszawie w niedzielę słupek rtęci skoczył aż do 20C. Po sutym śniadaniu i przy tak wspaniałej pogodzie chciało się wybrać za obręby miasta. Pojechaliśmy zwiedzać Radziejowice, a konkretnie zespół pałacowo -parkowy,  który często reżyserzy wykorzystują jako tło do filmów. Piękny staw, aleje, zabytkowy pałac i zameczek przyciągują masy zwiedzających, więc nie zabr                      

 

 

                                               

                                                                                

                               

                                

                                                                                   

      W czasie podróży, która trwa od Wilna do Warszawy 5 godzin, powstawały skarpety z resztek Opalu. Przecież musiałam zabrać ze sobą druty i włóczkę. 

                                                           

 

 

     Córce przywiozłam świeżo udziergany kardiganik. Na szczęście trafiłam z rozmiarem, bo wiadomo, kiedy się robi bez przymiarki, to trochę tej obawy bywa,  czy będzie pasował. Kardigan powstał z połączenia dwóch włóczek dropsowskich- Fabel i Kid Silk moher. Z takiego zestawu zrobiłam sobie sweter, który bardzo dobrze się spisuje przy noszeniu. Jest lekki, ciepły, mięciutki, no i co niemało ważne - niedrogi wariant. Robiłam gładkim ściegiem, więc trochę urozmaiciłam sweterek elementami ażuru, umieszczając go na plecach, na rękawach i u dołu. Robiłam z góry, reglanem, zamykając oczka ikordem. Jak zawsze zaliczyłam kilka pruć.  

                                            

 

                                                  

                                                                          

      

       Teraz słów kilka o dziwnym zbiegu okoliczności. Zawsze z  zazdrością czytałam relacje koleżanek blogowych z różnych ciekawych spotkań dziewiarskich, festiwali, targów. Jak by się chciało zanurzyć w takiej atosferze. Córka zaprosiła mnie na 17 kwietnia na spektakl do Krakowa, z czego się bardzo ucieszyłam. A już kilkakrotnie pisałyśmy do siebie  z Marią Zofią, że wartałoby mi przyjechać do Krakowa i zapoznać się osobiście (bo znamy się z blogów). Więc  przy takiej okazji informuję Marię Zofię o swoich planach, a ona mówi mi, że 18 kwietnia odbędą się krakowskie Targi włóczkowe. Warto marzyć, nawet jeżeli marzenia nie wydają się realne. Już myślami bryluję wśród regałów z włóczką. 

  A teraz o książkach, bo Święta też czytaniu sprzyjają. Więc zacznę od tego, co mnie bardzo poruszyło. Kiedyś, kilka lat temu, przeczytałam powieść Roy Jacobsena "Niewidzialni". Byłam zachwycona tą historią jednej rodziny, mieszkającej na małej wysepce, i borykającej się z różnymi wyzwaniami.  

       I teraz na portalu "Lubimy czytać" wpada mi w oko informacja o drugiej, trzeciej i czwartej książce z tej serii. Oczywiście, że chciałam poznać dalszy los bohaterów, więc przeczytałam od nowa "Niewidzialnych" i kolejno " Białe morze", następnie " Oczy z Rigela'' i "Tylko matka". Nie mogłam sie oderwać od czytania. Kolejny raz podziwiam kuszt pisarzy skandynawskich, którzy szczególnie po kunsztowsku potrafią przekazać czytelnikom historie tych bohaterskich narodów, mieszkających w surowych warunkach klimatycznych. Polecam bardzo, warto poznać, jak na tak małej przestrzeni otoczonej wodą, ludzie potrafili stworzyć dla siebie i swoich bliskich  tak "wielki" świat. 

        Wszystkim tu zaglądającym życzę odważnych marzeń i nadziei na ich spełnienia.