Wyjazd miałam bardzo udany, bo towarzyszyły mi w tej wyprawie trzy cudowne wydarzenia. Po pierwsze było zaplanowane spotkanie "na żywo"z blogową koleżanką Marią Zofią, z którą obcując online poczułam szczególną więź. Posty Marii zawsze mnie rozczulają, podziwiam jej literackie zdolności, bo w każdym poście potrafi tak rozwinąć temat, iż wydaje się, że czytasz jakiś traktat filozoficzny, ale o robótkach ręcznych. Bardzo byłam ciekawa poznać tą miłą osobę.
Zaplanowane spotkanie się odbyło. Od razu zrozumiałam, że jest to człowiek, z którym czuję się, jakby po kilkudziesięciu latach przyjaźni. Spacerowałyśmy uliczkami Krakowa, Maria opowiadała o bliskich jej sercu miejscach w tym mieście. A w kawiarence przy kawie mówiłyśmy i mówiłyśmy. Zaiskrzyło między nami, mogłyśmy podejmować różne tematy, miałyśmy podobne zdania w wielu kwestiach. I jeszcze oprócz zamiłowania do rękodzieła jesteśmy obie uzaleznione od książek. W miłej armosferze upłynęło kilka godzin, pożegnałyśmy się, aby spotkać następnego dnia na Targach włóczki.
Z córką poszłam wieczorem do Teatru Słowackiego na musical "1989". Bogato zdobione wnętrze teatru, piękne schody i mnóstwo loży przenoszą widzów w szcególną uroczystą atmosferę . Bardzo słynny w Polsce musical ukazuje przyczynę upadku komunizmu. Muzyczna oprawa, rep i groteska pomagają widzom poznać skomplikowane życie rodzin Frasyniuków, Wałęsów, Kuroniów. Bardzo dostępnie, rok po roku, wydarzenie po wydarzeniu, przy pomocy archiwalnych zdjęć, monologów i tańca dociera do widza historia powstania i działania "Solidarności". Byłam wzruszona i zauroczona grą aktorów. Nie pamiętam, abym ostatnio w takim nastroju opuszczała teatr. Wszystkim goraco polecam obejrzec te przedstawienie..Z przyjemnością poszłabym powtórnie.
W sobotę rano spacerkiem ruszyłyśmy z córką w stronę Hali, w której miała odbywać się "magia" włóczkowa , czyli "Krakoski Yanmark 2026". Byłam zaskoczona, że jeszcze przed otwarciem targów zastałyśmy przed Halą duży tłum rękodzielniczek, a jednocześnie ucieszył mnie fakt, że było tu sporo młodzieży. Niebawem odnalazła mnie w tym tłumie Maria i razem zanurzyłyśmy się w ten bliski nam świat "włóczkomaniaczek".
Kiedy po rejestracji trafiłam na salę ze stoiskami, to zwyczajnie pogubiła się, nie mogłam skupić się, nie potrafiłam zdecydować się, co do zakupów. Po prostu chodziłam i gapiłam się na wystawione produkty, motki włóczek, wyroby dziewiarskie, akcesoria. Chyba Maria wyczytała z mojej twarzy te roztargnienie, bo zaraz zabrała mnie na taras, gdzie trochę ochłonęłam przy kawie, porozmawiałyśmy znowu o wszystkim. Podziwiałysmy cudowną altankę zrobioną z ogromniastych kwadratów babuni. Potem znowu wróciłysmy na salę, i już po trochu zaczęłam ogarniać sytuację , skupiłam się i wyszukiwałam potrzebne mi włóczki. W hali brzmiało, jak w ulu. Bardzo często gromadziły się grupki osób, które rozpoznawały siebie z blogów czy z włóczkowych sklepów. Również nam udało się zamienić kilka słów z Iwoną Eriksson. Okazała się bardzo sympatyczną, miłą osobą.
Na koniec zdecydowałam się na zakup niebieskiej bawełny na letni top, dobrałam do niej motek z delikatnymi cekinami. Do torby trafiły też metki, oraz książka "Amigurumi".
Po wyściu z imprezy uświadomiłam sobie, że nareszcie spełniło się jedno z moich najskrytszych marzeń. Byłam zachwycona panującą atmosferą, i już wiem, że dalej marzę, aby znowu kiedyś odwiedzić taki jarmark włóczkowy.
W domu praktycznie tylko nocowałyśmy. Była to moja siódma wizyta w tym mieście. Znowu chciało się pospacerować ulicami Kazimierza, odwiedzić Planty, poszukać symboli miasta, czyli fikuśnych "smoków" .
Z żalem w sercu żegnałam się z córką i z Krakowem. Z każdym przyjazdem zakochuję się w tym mieście od nowa.
Wszystkim tu zagladajacym życzę ciekawych podróży...














.jpg)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz