niedziela, 17 kwietnia 2016

O "kapryśnych" czytelnikach

          Do takich właśnie siebie zaliczam, szczególnie po ostanio przeczytanej pozycji. Widocznie  wszystkiemu winien szeroki dostęp do literatury. Teraz trzeba tylko " CHCIEĆ" czytać, a sposobów na zdobycie książek jest mnóstwo.  Zaczynamy przebierać, gustować, a to w tym, a to w tamtym. Wspominam  młode lata, kiedy czytało się wszystko, co się dało zdobyć, bo z dostępem do niektórych książek było krucho, szczególnie u nas, w byłym Związku Radzieckim. Wówczas nie kaprysiło się i nie przebierało. I już wtedy Polacy na Litwie mieli lepiej, bo raz do roku, w ksiegarni "Przyjażń" odbywał się kiermasz książki polskiej. Na długo przed otwarciem,  przed księgarnią wyczekiwał tłum wielbicieli książki.  Prawie wszyscy byli między sobą znajomi, bo większość stanowiła nieliczna inteligencja wileńska, nasi nauczyciele z polskich szkół, no i uczniowie. Książki w owych czasach nie były drogie, więc wynosiliśmy je z księgarni  torbami. Potem wymiana, dyskusje. Łapaliśmy na sobie zazdrosne spojrzenia Litwinów. Trzeba  przyznać, że niektórzy z nich potrafili też szybko opanować język polski, aby móc czytać więcej książek. I jeszcze jeden szczegół, w owych czasach książka dana w prezencie dla solenizanta, była szczególnie wartościowym, docenianym  podarunkiem. Ach te "dziwne" czasy, a może to my byliśmy tymi "dziwnymi " ludżmi.
    I oto bulwersująca statystyka, o tych, co to w Polsce ani jednej książki w ciągu roku do ręki nie wzięli. Z początku myślałam, że to błąd drukarski i tak być nie może. Zaczęłam dyskutować z dziećmi,( bo teraz mieszkają w Polsce) i szukałam u nich tych ratowniczych słów pocieszenia. Mówiłam, że tak być nie może, bo przecież dzieci w szkolnym wieku muszą czytać i taki wynik jest nierealny. Ale usłyszałam następujące słowa:" Mamo, a czemu nie bierzesz pod uwagę, iż niektórzy ludzie nieczytający skłamali, że czytają, bo wstyd im było wyznać prawdę?" Straszna prawda, to boli.
    Ponieważ jestem "przysłowiową sową", to czytam zazwyczaj w godzinach nocnych. Staram się raczej przed  1.30 zgasić światło, bo z rana trzeba wstawać do pracy. Mam blisko domu bibliotekę, a  i w pracy często sobie książki podrzucamy, polecamy. Ale ponieważ mój zegar "odlicza" czas coraz szybciej, więc staram się czytać to, co mnie ciekawi, to, co mi pomaga, no i chce się od autora tej "ogłady " pióra.




      Długo czekałam na obiecaną trylogię Ałbeny Grabowskiej " Stulecie Winnych". No i okazało się, że to książka zupełnie nie moja. Tak jak i mówiono mi,  czyta się bardzo lekko i szybko. Przeczytałam wszystkie trzy tomy, bo autorka pokazuje przekrój historycznych wydarzeń Polski od 1914 do 2014 roku. Taka pow tórka z historii na podstawie losów rodziny Winnych z podwarszawskiej miejscowości. Więc niby wszystko jest poprawnie ujęte, to dlaczego takie rozczarowanie książką? No bo tak raczej czytało się jak scenariusz do serialu. Jeszcze mnie trochę rozczarowały takie fakty, jak to o rodzinę Winnych otarli się tacy słynni ludzie jak J. Iwaszkiewicz, Cz. Miłosz, W. Szpilmann, L. Wałęsa. Moim zdaniem lekka przesada. Albo dziadek Antoni potrafił zabić czterech uzbrojonych ruskich żołnierzy, spalić ich w piecu i nie zostawić po tym zdarzeniu żadnego śladu.  Nie wierzę takim opisywanym wypadkom, ponieważ już 32 lata mam możność codziennie konsultować się z profesorem od kryminalistyki ( mój mąż). Również niektóre dialogi i monologi bohaterów wyglądaja dosyć dziwnie. Oczekiwałam bardziej wyrafinowanego warsztatu pisarskiego.
   Nie chcę nikogo urazić i szanuję opinię wszystkich, których saga zachwyciła. Książka ukazuje czasy, w których się żyło, problemy z jakimi się borykało, to  co starsze pokolenie zna z autopsji. Moim zdaniem każde dzieło, czy to obraz, czy to sztuka , czy też serial muszą wzbudzać u ludzi różne emocje, myśli, refleksje. Nie możemy  i nie musimy wszyscy odbierać książkę jednakowo.  Mnie na ten raz nie "zaczepiło".

    Co do robótek, to teraz nie mam wolnego czasu, ale przy Świętach powstał kotek na telefon. Oczywiście z wyrabianych zasobów ( och, jak pomału się kurczą).

    Tu ostatnie smutne spojrzenie na rodzime podwórko, bo zapadła decyzja, że kotek pojedzie z właścicielką do Krakowa.

        Serdeczne pozdrowienia z Wilna wraz z budzącą się wiosną.
Honorata











4 komentarze:

  1. Honorata! mam dokładnie takie samo wrażenie po lekturze! tyle, że ja przeczytałam tylko I tom, jakoś nie mogłam się zachęcić do następnych ...
    To jest pierwsza nie - entuzjastyczna recenzja, jaką spotkałam! dziękuję Ci, bo już podejrzewałam, że to ze mną coś nie tak ... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ufff,razem rażniej. Też myślałam, że może to ja sobie tylko wymyśliłam , ale widzę , że mam poparcie. Dzięki za podstawione ramię.

    OdpowiedzUsuń
  3. wolę książki, które pobudzają moją wyobraźnie do działania, uwielbiam w książkach podróżować po świecie, może to i mało ambitnie ale raczej po tego typu książkę i tak bym pewnie nie sięgnęła - natomiast prawdę jest że coraz mniej osób czyta - dzieci również. Mój syn jest w 4 klasie szkoły podstawowej i czyta mnóstwo książek z czego się cieszę, ale czasami rozmawiam z matkami jego kolegów i ze zgrozą słucham jak mówią, że same im czytają lektury, żeby dzieciak miał orientacje w temacie - straszne.........

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratuluję takiego syna. Moja córka jak była w początkówce, to pani od litewskiego kazała w domu policzyć ile mamy książek w jezyku polskim, litewskim i rosyjskim. Ot taka praca domowa. Ponieważ książek było około 2000, to my dziecko od takiej pracy zwolniliśmy,mówiąc ,że nie da rady za wieczór. Nazajutrz dziecko było przez panią oskarżone o lenistwo i kłamstwo. Bo tylu książek, według nauczycielki, mieć w domu nie mogliśmy. No cóż, nam było żal tej nauczycielki...

    OdpowiedzUsuń