
Już jakiś czas wynaszałam postanowienie zrobić ciepły szalik dla męża, aby wysłużony stary z czystym sumieniem wykorzystać do ucieplania rur na działce w okresie zimowym. Ale jakoś nie mogłam zdecydować się ani z jakiej włóczki, ani jakim ściegiem, i odkładałam ten projekt na nieokreśloną przyszłość. Aż nadarzyła się okazja znowu zostać testerką u Reni przy dzierganiu szala "Mirror Hearts" techniką mozaikową. Odkąd poznałam tajniki mozaiki zadurzyłam się dosłownie w tym sposobie dziergania, bo efekt jest niesamowity. No i bardzo lubię współpracować z Renią, bo jej projekty są zawsze kreatywne i dopięte na ostatni guzik. Kiedy przeczytałam, że możemy zmieniać rozmiary i ilość sekcji, to już wiedziałam, że będzie to szalik męski, bo tak chciał los. A jeszcze autorka projektu zademonstrowała, jak sprytnie przy tym dzierganiu ulatniają się różne niezagospodarowane resztki włóczek.
Następnie musiałam przygotować przyszłego właściciela szalika do zaakceptowania moich zamiarów. Początkowo usłyszałam :"NIE!" Ale tego się spodziewałam, bo szalik miał być w "serduszka", i na zdjęciu był na ramionach kobiety. Odczekałam kilka dni i postanowiłam, że najpierw zaopatrzę sie we właściwą włóczkę, a dopiero potem jak będę już w trakcie roboty, postawię męża przed faktem.
Miałam w zasobach dwa moteczki dropsowej alpaki w takim szarozielonkawym kolorze. Ucieszyłam się, że nareszcie ich pozbędę się i muszę tylko dokupić 100g włóczki odpowiedniego koloru kontrastowego. Z takim zamiarem weszłam do pasmanterii.

Z takimi zakupami, jak widac na zdjęciu, opuściłam sklep. Tak "uszczupliłam " swoje zapasy, przynosząc do domu siedem nowych motków włóczki ( zamiast planowanego jednego).

W trakcie dziergania próbki musiałam zmieniać swoje plany co do kolorów. Niektóre gatunki włóczki wprost nie pasują na mozaikowe sploty. W końcu po wielu próbkach zatrzymałam się na "duecie" z posiadanej alpaki z Dropsu i ciemnozielonej "Merino Gold" od "Madame Tricote". Tylko te dwie dały mi oczekiwany efekt, niteczki jakby wtapiały się jedna w drugą, i jeszcze kolorowe kontrasty ładnie łagodziły małe włoski tych włóczek. Przyszłam do wniosku, że lepiej na takie robótki pasują słabo skręcone włóczki.
Aż nastąpił moment, kiedy musiałam zapoznać z moimi planami potencjalnego właściciela szalika.. Najpierw pokazałam kawałek wykonanej roboty i "razem" stwierdziliśmy, że te serduszka nie są aż tak wyraźne. Dalej składałam przyrzeczenie, że będzie wąski i nie długi. Grzecznie kiwałam głową, i dostałam pozwolenie na dalsze testowanie szalika.



Dotrzymałam słowa: zwęziłam i skróciłam szalik w trakcie roboty. Po zblokowaniu mój owoc pracy prezentował się tak:
Aby usprawiedliwić tytuł dzisiejszego wpisu, wrzucam zdjęcie z kolejnym cieniutkim szalem z Kid Silku. Teraz w kolorze czerwonym, który bardzo dodaje mi motywacji przy robocie. Będzie dokładną kopią chabrowego i jest przeznaczony na prezent gwiazdkowy.

Co roku w jesieni robię ostatni zakup włóczek i bywam na odwykówce ( od kupowania ) zazwyczaj do początku lata, aby trochę zmniejszyć zawartość pudeł poupychanych w szafie.W tym roku postanowiłam ,że akurat ta wyprawa do pasmanterii, o której opowiedziałam, będzie początkiem mojego odwyku, a było to 30 września. Postaram się wytrwać w tym postanowieniu jak najdłużej, a żeby motki po trochu sie zmniejszały objętościowo dziergam w międzyczasie skarpety, które tej jesieni stały się hitem u wszystkich dziewiarek. Wykorzystuję różne resztki, tylko uważam na skład włóczki, bo wiadomo, że na skarpety nie wszystko sie nadaje.


Przechodzimy do spraw książkowych. Na naszej dzielnicy biblioteka obsługuje czytelników wydając książki nie pozawalając wchodzić do środka. Przy wejściu jest ustawiony stoliczek i personel zabiera zwracane książki, pomaga zdecydować się co wybrać do czytania. Można elektronowo zamówić pożądaną edycję, i skoro będzie w zasobach, to wtedy dla konkretnego czytelnika zostanie odłożona. Jednym słowem idąc teraz do biblioteki trzeba poważnie przemyśleć, poszperać w poradach, aby wiedzieć o co się będzie prosiło.
Przeczytałam książek dużo więcej, ale chcę zwrócić uwagę na te, które na dłużej pozostały w mojej pamięci, z bohaterami których na dłużej zatrzymałam się w ich świecie.
Mitch Albom "Pierwszy telefon z nieba"- na pewno nie wszystkim się spodoba, ale ja akurat takiej książki potrzebowałam, bo akurat czytanie jej zbiegło się z okresem "zaduszek". Po jej przeczytaniu czułam się podobnie, jak po "Chatce" ( Paul Young). Literatura nie dla wszystkich, ale z moją filozofią się nie kłóciła, na ten czas takiej literatury potrzebowałam, bo mnie właśnie ta książka "uspokoiła".
Elizabeth Strount " Olive Kitteridge" - byłam mile zaskoczona, bo książka przerosła moje oczekiwania. Niby nic nadzwyczajnego, duże i małe dramaty ludzi otaczających główną bohaterkę, szorstką w swojej prostocie, trudną w obcowaniu emerytowaną nauczycielkę matematylki. Natrafiłam na informację, że jest zrobiony mini serial na podstawie książki, na pewno postaram się przy kolejnej skarpetce dzierganej obejrzeć go.
Sally Hepworth " Teściowa" - Książka napisana jest dla kobiet i szczególnie jest warta polecenia. Cieniutki wątek kryminalistyczny zupełnie nie zabiera uwagi czytelnika od relacji między tytułową bohaterką Dianą i jej dziećmi, synową i zięciem. U nas, na Litwie, ostatnio jest jedną z najbardziej omawianych i poszukiwanych książek.
Tyle na dzisiaj. Wszystkim życzę, ąby ten jesienny czas był urodzajny na dobre, optymistyczne wiadomości.