sobota, 12 stycznia 2019

O niecodziennym zegarze


      Zapraszam na zimowy wieczorny spacer  po Wilnie  przy świątecznych dekoracjach.  Tradycyjnie zaczynamy zwiedzanie Wilna   od Ostrej Bramy. Najwięcej turystów odwiedza Wilno  latem, a niewielu   mogło go oglądać w zimowym świątecznym obramowaniu.



        Idąc od Kaplicy Ostrobramskiej, po kilku minutach jesteśmy już na Placu Ratuszowym, gdzie w tym roku raczej skromnie upiększona choinka stoi. Na tym  placu kramiki z pamiątkami i kawiarenki ulokowały się na czas świąteczny w szklanych kulach.



  Ruszamy dalej w dół ulicą Wielką ( po litewsku Didżioji)w kierunku Zamkowej (Pilies). Ulica coraz bardziej się zwęża, a jednocześnie zwiększa się ilość ludzi nią podążających. Wszystkich jak magnes przyciąga choinka na Placu Katedralnym. W okresie świątecznym staje się przysłowiową "Mekką", bo nie być, nie zobaczyć - po prostu nie wypada. Więc  idziemy w stronę  dzwonnicy, bo u jej stóp rozmieścił się kiermasz świąteczny. Małe domki - kramiki  wraz z niepowtarzalną choinką tworzą z góry niesamowity widok, a mianowicie "Zegar". W tym roku choinka przypomina nam o uciekającym, niestety, czasie.

























     Wilno co roku bardzo ambitnie podchodzi do projektowania wystroju choinki. Organizatorzy, czyli samorząd miasta, potrafią zaskoczyć mieszkańców swoimi pomysłami. W ubiegłym roku internauci oddali głosy naszej choince  w plebiscycie na najpiekniejsze drzewko świateczne  ze stolic europejskich tu. W tym roku   choinka wileńska przegrała walkę o pierwszeństwo  z "konkurentką" z Kowna (drugie co do wielkości miasto na Litwie).
   Na Placu Katedralnym  wszystko  cieszy oko, same drzewko, dzwonnica  podświetlona w barwach flagi narodowej,  tłumy  uśmiechających się ludzi, wesoła muzyczka podnosząca nastrój. Tylko czasami jakieś dziecko potrafi się rozpłakać przy kramikach pełnych niesamowicie drogich zabawek i innych niepotrzebnych świecidełek , co wprowadza rodziców w zakłopotanie, bo zdrowy rozum nie pozwala  kilkakrotnie przepłacać.
   


     Z prasy dowiedziałam się, że wystrój tegorocznej wileńskiej choinki kosztował miasto 95 tysięcy euro, zaś różne towarzyszące imprezy i koncerty jeszcze dodatkowo 110 tysięcy. I nasuwa się myśl, czy w mieście  nie ma bardziej naglących potrzeb, gdzie te pieniądze należałoby ulokować? Mamy budujące się dziecięce hospicjum, którego budowę  wspierają sami mieszkańcy miasta, oraz inni prywatni inwestorzy. Z tego powodu jestem teraz w rozterce, czy takie "rozdmuchane finansowo" imprezy są w nasze czasy konieczne?  Wielu  ludzi nie może pozwolić sobie na wykupienie wszystkich potrzebnych leków. Wiem, że przysłowie głosi :" Chleba i igrzysk..."  Może  to ja  nie mam racji, może ktoś przyniósł tu chore dziecko , które ujrzało tyle światła, zjadło "najdroższego na świecie lizaka" i na jakiś czas stało się szczęśliwym, bo zapomniało  o smutnych dniach spędzanych w szpitalu. Może jednak  "igrzysk" też?




      A teraz czas na doniesienia z frontu robótkowego. Obiecałam, że pokażę  swoje prace, które zrobione w ubiegłym roku nie były przeznaczone dla kogoś, tylko zostały u mnie. Na początek czapeczka Julietta Hat według projektu  Renaty Witkowskiej. Kto pamięta jej chustę pod tą samą nazwą, to zrozumie o co chodzi. Czapka powstała w trakcie  testowania opisu i  teraz mogę ją pokazać. Dzierga się bezproblemowo, bo wiadomo, jak Renia potrafi przerzucić swe pomysły na papier. Opisana jest idealnie tu, robiłam ją z półwełny, z identycznej co do składu włóczki, z której powstała pierwsza chusta Juliette. 






    Jest to moja druga czapka  dziergana rzędami ukośnymi  i muszę przyznać, że bardzo dobrze układa się na głowie, mimo iż jest dość długa.

     Jeszcze latem pozbierałam różne włóczki do niczego konkretnie nie pasujące, poskręcałam po pięć a czasami i po sześc nitek razem w kłębuszki, tylko trochę uważając na dobierane kolory.  Poskręcane kłębuszki zajmowały niemało miejsca, a robota się odkładała na dalej. Planowałam zrobić z tego  dywanik na podłogę. Właściwie chodziło o pozbycie się tego surowca.  Przed świętami zaplanowaliśmy ( a raczej to ja zaplanowałam, a mąż planów moich nie krytykuje) kupno nowej kanapy do pokoju, który jest pokojem córki. Przy tej okazji zachciało mi się udziergać dywanik. Powstawał bardzo szybko, bo wzięłam do rąk szydełko nr 8 i  szydełkowałam  przed telewizorem. Wszystko odbywało się bez wzoru, po postu robiłam naokoło słupkami i starałam się kolorystycznie nie przesadzić. Bardzo szybko dywanik powiększał się, stając się w trakcie dziergania  sześciokątem. Pilnowałam, aby był płaski.  Mam więcej miejsca w szafie i w pudełkach, a jeszcze dywanik na podłodze. Średnica sześciokąta ( a może jednak przekątna) wynosi 102cm, w niedużym pokoju akurat pasuje. Zdjęcia nieodźwierciedlają, że jest raczej gruby, a kolorem do kanapy idealnie się wpisuje.


























 
   Za  dwa tygodnie nowego roku przeczytałam dwie książki. "Sekretna córka " Shilpi Somaya Gowda, to książka o adaptowanej dziewczynce z Indii, o trudnej misji bycia matką. Trochę tradycji i obyczajów, trochę perypetii małżeńskich, dwie różne kultury, USA i Indie. Czyta się łatwo i szybko,  niestety szybko czytelnika odpuszcza. Nie zachwyciła, nie odważę się  polecać.
   Druga  z przeczytanych książek to kryminał psychologiczny znanego Harlana Cobena "Nieznajomy".  Lubię od czasu do czasu sięgnąć po taką literaturę, a że znam tego autora,  mogę twierdzić, że mnie nie zawiódł i tym razem. Dla miłośników tego rodzaju literatury tą książkę polecam.

    Wszystkim życzę w tym roku jak najmniej rozczarowań, nawet przy czytaniu.










poniedziałek, 31 grudnia 2018

Już prawie minął...





          Stary rok po cichu się cofa,  pozwalając  ludziom snuć marzenia, że już w następnym roku  na pewno osiągniemy wszystkie swoje zaplanowane "Eweresty".
          Zawsze lubiłam ten dzień w roku, 31 grudnia, bo jest taki "nieobciążający". Nawet jeżeli w planach jest huczny "Sylwester', to można sobie  pozwolić z rana na dłuższy sen, długości dnia zaś wystarcza ,aby załatwić różne  odkładane sprawy, a  wieczorem ładnie się wystroić i przetańczyć całą noc. Bywały takie wydarzenia i w moim życiu, Bywały różne Sylwestry i w domu, i poza domem, były sale na kilkaset osób, i małe kameralne towarzystwo przy stole. Od kilku lat  bardzo spokojnie, bez wielkiej krzątaniny poprzedzającej ten wieczór,  spotykamy Nowy rok w domu, przy raczej rozważnie zastawionym stole i muzyczce lecącej z włączonego telewizora.
        Jaki był ten rok? Odpowiedzieć na te pytanie można będzie tylko po upływie następnego roku, bo wszystko na tym świecie jest względne (ukłon Einsteinowi). Było upalne lato, było trochę grzybobrania, było moje rozstanie z ulubioną klasą, był spokojny nieuciążliwy początek roku szkolnego, było niemało przeczytanych książek i  dużo udzierganych prezentów.  Było dużo ciekawych sytuacji, i prawie nie było monotonii. Czegoż więcej trzeba?



     Chcę zacząć od przeczytanych książek. W tym roku nie potrafiłam utrzymać ubiegłorocznej ich liczby i zdołałam przeczytać tylko 40, ale za to były bardziej objętościowe, czyli "grube ryby". Niektóre bardzo na długo zostawały ze mną,wręcz prześladowały mnie. Tegoroczne moje TOP najciekawszych książek  wygląda tak:

1. Abraham Fergesse "Powrót do Missing"
2. Wiesław Myśliwski " Widnokrąg"
3. Michel Bussi " Czarne nenufary"
4. Amor Towles "Dżentelmen w Moskwie"
5. Fannie Flag "Babska stacja"

   Tak mi się ułożyło w tym roku. Mogę się pochwalić, że dni spędzonych bez książki było zaledwie kilka w tym roku.
 
    Możliwe, że mniejsza ilość przeczytanej literatury jest spowodowana tym, że w tym roku byłam pochłonięta dzierganiem prezentów. Najpierw to były maskotki dla mojej klasy, potem zrobiłam kilka chust na prezenty dla koleżanek, a sezon jesienno zimowy upłynął mi przy dzierganiu skarpetek.Ogółem zrobiłam  ich 10 par. I wszystkie się rozeszły. Ostatnia para była mikroskopijna, bo jest przeznaczona na jednomiesięczne nóżki.  Już skarpet w tym roku więcej nie będzie, bo zostało już tylko kilka godzin, nie zdążę. Dzisiaj pokażę te moje prace, które już dotarły do miejsc przeznaczenia. W następnym poście umieszczę zdjęcia tego, co jeszcze pozostaje w domu.

    Więc zacznę od skarpet. To były największa i najmniejsza z par.  








    Inne skarpety już były pokazywane we wcześniejszych postach.


     Z "Flory" od Dropsa  powstała chusta trójkątna, dziergana francuzem, ale leciutka, jednocześnie ciepła i przytulna. I też już wyfrunęła w świat, chociaż nie wiem, czy się spodobała.

 

    Na początku lata   moja krawcowa poprosiła o sakiewkę w błyszczącej siateczce w wersji raczej  wieczorowej. Po różnych próbach, było ich niemało, powstał woreczek z cieńszego sznurka, i na górę siatka w srebrnym odcieniu. Prezent też już wręczony, żadnych zaległości ani zobowiązań  na przyszły rok nie mam.

 









  Wszystkim, kto tutaj zagląda systematycznie ,czy sporadycznie, chcę życzyć odważnych marzeń, stanowczych decyzji i zdobycia swojego chociaż i maluśkiego ale "Ewerestu"

niedziela, 2 grudnia 2018

To i owo prezentowo




       W ubiegłym roku zadebiutowałam robiąc po raz pierwszy  wianek adwentowy, więc i tego roku  nie musiało go zabraknąć. Zaplanowałam, że powstanie z "darów" przyrody i na ten cel z działki przywiozłam trochę  jodłowca, suchą trawkę, kilka gałązek berberysu. Koło, jako podstawę do wianka, planowałam kupić w sklepie z dekoracjami świątecznymi. Ale po odwiedzeniu takiego, raptem rozumiem, że i koło powstanie z "czego da się". Oczywiście w sklepie jest tyle wszystkiego, że człowiek zapomina po co właściwie przyszedł, ale koło ze słomy (podejrzewam z chińskiej) do mnie nie przemówiło. Decyzja zapadła, że podstawę wianka  będę robiła, według porad z internetu, z gałęzi winobluszczu, ponieważ takiego przy naszym bloku mamy pod dostatkiem.  Wczoraj po obiedzie uzbrojona w nożyce pochodziłam na dworze kilkanaście minut , uzbierałam co nieco, i powstał wianek. Nie jest idealny, ale jest "mój". Mogłam kupić ładne jednakowe świece, ale wówczas przypominałby mi raczej te wianki z obrazków.   Świece są różnej długości i formy, ale każda z historią, część ich rozświetlała nam ubiegłoroczny adwent. Użyłam uzbierane kasztany, przywożone z podróży kamuszki i muszelki - i wianek mam.



























 
  Chyba w tym roku wpadłam w trans robienia prezentów , bo ostatnio wszystko, co wychodzi z pod szydełka, czy spada z drutów, jest przeznaczone albo dla konkretnej osoby, albo nawet na zapas, a nuż komu się przyda. Zbliżają Święta, i "obdarowywania się" nie unikniemy. Łączę przyjemne z pożytecznym, bo i  robię to, co lubię, i zwiększa się  ilość aktualnych prezentów, które przy różnych okazjach oszczędzą mi kłopotliwych wypraw do sklepu. Ze swojego doświadczenia wiem, że obdarowując osobę, która sama sobie skarpet nie dzierga, parą "ocieplaczy " na nóżki sprawuję jej niemało radości. Nigdy nie próbuję uszczęśliwiać kogoś na siłę, staram się poznać gusta i zapotrzebowania.
    Niedawno moja koleżanka z pracy miała urodziny. Tylko z  rana przypomniałam sobie o tej okazji, i czasu na kupienie kwiatka nie miałam. Z zapasów wzięłam zrobione różowe skarpety, i z takim drobiazgiem wyruszyłam do pracy. Po tym, jak solenizantka  zareagowała, jak opowiadała innym o tym prezencie, zrozumiałam, że bardzo  dobrze trafiłam. A niedawno w rozmowie podkreśliła, że skarpety są używane i lubiane.
    Dlatego też tej jesieni skarpety są produkowane najczęściej, a w planach jeszcze mi się następne pary rysują. Powstał taki tandem .























       Chcę zachęcić wszystkich, kto dzierga skarpety, na prezent, albo sobie, aby nie unikać blokowania. Rozumiem, że to tylko skarpeta, która będzie naciągnięta na nogę, ale uwierzcie mi, że  nawet takie coś po blokowaniu nabiera "szyku", ładniej wygląda, a przecież o to też chodzi.

       Prezentów ciąg dalszy.  Moja przyjaciółka, z którą nie możemy spotykać  się często z powodów jej problematycznej sytuacji rodzinnej, ale  z którą możemy godzinami rozmawiać  telefonicznie i dzielić się radościami i troskami, z którą swoje rozmowy zazwyczaj kończymy nawzajem mówiąc sobie: "cieszę się, że ciebie mam", poprosiła mnie w  tym roku o udzierganie jej na urodziny  jakiegoś zwierzaka, który z nią mi się kojarzy. Byłam szczerze zaskoczona, bo nie odważyłabym się osobie, co to po trochu dobija do pięćdziesiątki proponować coś podobnego. Ale kiedy ona sama  o to poprosiła, to z przyjemnością przystąpiłam do pracy. Lolita przypomina mi raczej koteczkę, więc taka powstała. Robiłam według wzoru Natalji Kirjan tu. Wszystko wykonałam zgodnie zaleceń autorki, jedynie sukienkę trochę zwęziłam, bo tak mi lepiej się układała. Oczywiście do pudełka jeszcze dodam skarpety, bo zima będzie długa i zimna.






















  




     
    Czytam zaś książkę Michała Urbanka " Broniewski. Miłość, wódka, polityka." Autor opisuje losy skomplikowanego człowieka, skłóconego nie tylko z otoczeniem, ale i z samym sobą. Ciągłe szukanie ideałów, i tak szybko nadchodzące nimi rozczarowanie, ciągłe miłosne perypetie i czułość okazywana drugiej zonie po jej powrocie z obozów. Bardzo dużo ciekawych wydarzeń z życia poety, czasami sytuacje wprost anegdotyczne nie pozwalają nudzić się przy czytaniu. Musiałam zmienić swoje zdanie o poecie, bo ze szkolnej ławy pamiętam wpajane nam na lekcjach literatury tezy, o poecie wiernie służącym ideom komunizmu. Z innej zaś strony docierały do nas opinie jego rodaków zaliczające go do zdrajców. Jeszcze raz przekonałam się, że przeciętny, inteligentny, grzeczny obywatel "takich " wierszy napisać nie mógłby. Książka warta polecenia, odbiera niemało czasu, ale wprowadza czytelnika w ciekawy bogaty wydarzeniami świat poety.

     Życzę wszystkim miłej i przyjemnej krzątaniny przedświątecznej.

niedziela, 25 listopada 2018

Mazurek na siedem lokomotyw

        Chociaż już minęły  dwa tygodnie od  uroczystyh obchodów100-lecia niepodległości Polski, ale nie sposób tak szybko zapomnieć tych chwil wzruszeń, uniesień, których doznawaliśmy uczestnicząc w różnych imprezach odbywających się w Wilnie.  Wydarzeń było niemało, i o tych kilku, które zostawiły w naszych secach największy ślad chcę dzisiaj opowiedzieć.
         Zaczęło się wszystko od hymnu. Tak, jak i w Polsce, śpiewały szkoły, przedszkola, chóry, ale największe wrażenie sprawił Mazurek Dąbrowskiego w wykonaniu lokomotyw Kolei Litewskich. Dyrygował grającymi lokomotywami Zbigniew Lewicki, znany Polak na Wileńszczyźnie, pierwszy skrzypek w Państwowej Orkiestrze Symfonicznej. Tych, kto nie widział tego wątku w wiadomościach w telewizji zachęcam szczerze  do obejrzenia "niecodziennego" konceru.



        W niedzielę, 11listopada,w południe musieliśmy być na placu Łukiskim, bo tam w obecności  przedstawicieli rządu litewskiego i ambasadora Polski na Litwie, po raz pierwszy wciągnięto na maszt flagi Polski i Litwy.



























            Po tej uroczystości, na słynnej Rossie, przy Mauzoleum Matki i Serca Syna, przynosząc wieńce i znicze, przedstawiciele polskiej społeczności składali hołd marszałkowi, Józefowi Piłsudskiemu.
           W samym zaś sercu miasta, na placu Ratuszowym 100 par tancerzy zespołów polskich i litewskich uczciło jubileusz tańcząc poloneza, później ludowy taniec litewski,i uwieńczyło swój występ  wplatając w taniec flagi Polski i Litwy. Oczywiście byłam i tam również, na schodach Ratuszu wzruszałam się do łez i aż duma mnie rozpierała , że jestem Polką. Zapraszam szczerze do obejrzenia tego unikalnego widowiska.


















        Wieczorem zaś, po tak obfitym w wydarzenia dniu, udaliśmy się do Domu Polskiego na koncert sekstetu Włodzimierza Nahornego, gdzie wysłuchaliśmy utworów Fryderyka Chopina i Ignacego Paderewskiego w jazzowej aranżacji.
        Jeszcze muszę dodać, że słynne Trzy Krzyże Anoniego Wiwulskiego były tego dnia podświetlone białoczerwonymi barwami. A więc mimo tego, że nie mieszkamy w Polsce  obchodziliśmy, i uczciliśmy.

        A dzisiaj pisząc posta znowu się wzruszam, no bo nasz ulubiony Stoch ponownie staje na podium w Finlandii, a do tego jeszcze dziecięca "Eurowizja" przynosi zwycięstwo. Rośnie pokolenie zdolnych Polaków.

        Wyciszam się  od nadmiernych emocji przy robótkach.Przyjaciółka z Niemiec obchodzi w listopadzie urodziny, i z tego powodu udziergałam jej torbę ze sznurka, i ciepłe  skarpety.
































      W październiku zaszalałam i zamówiłam sporo włóczki od Dropsa, bo kusiła zniżka. Teraz trzeba wyrabiać, bo motki już omal nie fruwają po mieszkaniu. Po raz pierwszy kupiłam Big  Deligth, i jestem na razie tą włóczką zadowolona. Dwóch motków starczyło na czapkę robioną ukośnie i na spory komin, który może też transformować się w okrycie głowy. Przy zamawianiu nie miałam dużego wyboru kolorów, padło na nr 02, ale ogólnie kolory ułożyły się nieźle.

   Szukałam jakiegoś ciekawego wzoru na czapkę i zaciekawił mnie pomysł na robienie prostokąta od jednego z jego rogów, dodając oczka z obu stron. Potem ten prostokąt się zszywa, i jedynym prolemem jest widoczny na zewnatrz szew. Ale ten szew jest nawet ciekawym akcentem, tylko trzeba było go jeszcze czymś  uzupełnić. Z podróży do Estonii przywiozłam dwa ciekawe guziki robione z drewna jodłowca, które nigdzie dotychczas nie potrafiłam wykorzystać. A tu było ,jak znalazł, tym bardziej , że kiedyś przy rozmowie córka powiedziała, że chciałaby czapkę z guzikami. Przyszyłam, i zgodziłam się, że jest prawie czapka autorska. Córka z kompletu zadowolona, czapka z kominem już grzeją ją w Krakowie.




   Tej jesieni moje dziergane robótki wszystkie się "rozchodzą po ludziach", a ja mam z tego satysfakcję. Tak , jakby ptaki odlatywały do ciepłych krajów, moje wyroby wędrują do "ciepłych ludzi".

   O czytaniu koniecznie napisać muszę, bo było tego niemało. Ale dzisiaj tylko o książkach Małgorzaty Musierowicz z serii "Jeżycjada" . Przeczytałam dwie -"Małomówny i rodzina", oraz "Szóstą klepkę". Bardzo relaksująca literatura, która pochłaniała mnie całkowicie, mimo mojego wieku. Czytając ani razu nie pomyślałam, że jestem na takie książki za stara.Na razie inne tomy odłożyłam na przyszłość, aby dozować sobie takie miłe wrażenia. Teraz jestem przy biografii Władysława Broniewskiego,  a to już literatura z innej półki.

       Życzę wszystkim czytającym zaopatrzenia się w ciepłe czapki  i szaliki, bo nasi meteorolodzy  na nadchodzący tydzień przewidują mrozy. 



















czwartek, 8 listopada 2018

Alpakowe rurki




         Jesień sobie posuwa się małymi kroczkami, słoneczko jeszcze  nie skąpi swoich promieni, ale nikt nie może  rękodzielniczki  wybić z ustalonego rytmu. Skoro kalendarz "dyktuje" nam listopadową porę, to trzeba się zabierać do dziergania ciepłych dodatków. Na blogowych ilustracjach coraz więcej widzimy czapek i czapeczek, kominów i szalików. Bawełnę zamieniamy na wełnę, ażury na grubsze wzory. Wszystko jest uzasadnione, bo tak już musi być.
        Płynąc razem z prądem też przestawiłam się na dzierganie rzeczy "ogrzewających". Oczywiście jako fizyk muszę sprostować iż nie nosimy rzeczy ogrzewających ludzi, jedynie  izolujące nasze ciało od zimnego środowiska. Tak właśnie z moimi pierwszaczkami  na lekcjach fizyki doceniamy właściwości wełnianych ubrań. Muszę się pochwalić, że moi uczniowie  już wiedzą, że włos alpaki ma strukturę rurki, i dzięki temu włóczka uprzędzona z takiej wełny  jest  bardzo ceniona. Ale śpieszę się usprawiedliwić, na lekcjach nie dziergamy, szczerze oddajemy się fizyce.
       Miałam w planach powtórzyć przygodę z chustą "Juliette" według projektu Renaty Witkowskiej. O ile pierwszą dziergałam z półwełny, to na drugą nabyłam  100%-wą wełnę od Alize (cashmira). W motkach kolory bardziej grały ze sobą, ale mając już dosyć jaskrawą  chustę   w pierwszej wersji, chciałam tą drugą udziergać w bardziej przygaszonych tonach. I takie kolory lubi osoba, co to będzie na swoje 50-lecie tą chustą obdarowana, chociaż tego jeszcze nie wie, a i bloga mojego nie czyta, bo nie zna polskiego.












        A teraz czas na skruchę. Nie posłuchałam zaleceń autorki projektu co do grubości włóczki i wzięłam ciut cieńszą włóczkę, bo 150m/50g, zamiast polecanych 130m/50g. I bardzo szybko przekonałam się, że w tym wzorze bardziej ładnie układa się mozaika przy grubszych niteczkach. Niestety, chciałam być kreatywną i nie trzymać się opisu. Ale niech to będzie dla mnie nauczką, a kto zabiera się do tego projektu- pożyteczną przestrogą.
    
       Następnym z kolei "ogrzewaczem " ciała i duszy były skarpetki. Po pierwszej chuście zostały mi resztki włóczki, które szybko  przekształciły się w skarpety z piętą "rzędami skróconymi " robioną. 
Posiadaczką ich została koleżanka z pracy, obdarowana  w dniu  urodzin.




    Na tych skarpetach nie poprzestałam, bo szybko się dzierga i szybko się ich  pozbywa . Zamówiłam dropsowy Fabel, poszperałam w zapasach  i tak zaczęły powstawać nowe "pary". Te trzy następne były z wrabianym przy pięcie klinem, bo uznałam, że taka skarpetka lepiej się czuje na nodze, a o to przecież chodzi. I znowu się rozeszły jak ciepłe bułeczki. Została jedna para, która czeka na odpowiednią datę.
  
I tak na razie pozostaję zaskarpetkowana na całego. Prawda musiałam jakoś w tej dziedzinie też "rosnąć zawodowo", więc nauczyłam się dziergania dwóch skarpetek na raz. I teraz tylko tak dziergam, bo wszystko jest "symetryczne". A nowe powstające skarpety polecą do Niemiec.


  
     W czytaniu zaś tempo nie było tak wielkim, bo trafiłam znowu na bardzo "grubą" książkę, która zabrała mi niemało czasu. Mówię o "Widnokręgu" Wiesława  Myśliwskiego. Polubiłam jego książki, polubiłam ten jego styl powolnej rozmowy z czytelnikiem. Czytając książki Myśliwskiego trzeba narratora traktować jako obok siedząca osobę, która po kolei wydobywa ze swojej pamięci różne wydarzenia ze swojego życia i czasem nie trzymając się chronologii dzieli się z nami swoimi wspomnieniami. Podobnie też było w "Traktacie o łuskaniu fasoli".W "Widnokręgu" narratorem jest Piotrek, którego dzieciństwo przypadło na okres wojny i pierwsze lata stalinizmu.  Słuchając jego wspomnień śledzimy, jak poszerza się jego widnokrąg, jak przychodzą do niego pierwsze rozczarowania, doświadczenia, miłość...
Kto jeszcze nie odkrył dla siebie  Myśliwskiego zachęcam sięgnąć  po  którąś z jego Książek, bo raczej się nie rozczarujecie. 
      Po tak poważnej literaturze postanowiłam trochę poczytać dla relaksu. Po opiniach koleżanek blogowych postanowiłam naprawić błędy wczesnej młodości, kiedy to nie natrafiłam na książki Małgorzaty Musierewiczowej. Tak, Moniko, przyczyniłaś się do mojego szturmu na "Jeżycjadę". Dojrzałam, a może raczej już zdzieciniałam, bo czytam, zaśmiewam się i szukam następnych ksiażek z tego cyklu.

Serdeczne pozdrowienia wszystkim, a czytającym wielkich odkryć na książkowych półkach.