środa, 3 lipca 2019

Bez tytułu

     Po dosyć długim milczeniu powracam znowu do pisania, bo czuję, że jednak tego potrzebuję i to mi chyba pomoże w mojej teraźniejszej sytuacji. Na początku czerwca odeszła mama...

   Ponieważ już rozpoczął się mój długotrwały, bo aż do 27 sierpnia, urlop, to aby czymś zająć myśli i ręce próbuję  powracać do robótek. Czuję, że nie potrafię  jeszcze skupić się na czymś długotrwałym i pracochłonnym i dlatego  zaczęłam od siatki na zakupy. Dawno  planowałam taki niezbędnik do torebki udziergać, bo też jestem za ekologią i staram się zmniejszać zużycie worków foliowych. Wiele ciekawych siatek  widziałam u koleżanek blogowych, ale swoją robiłam bez schematu, czyli "z głowy". Przy dzierganiu następnej muszę uwzględnić, że siatka musi być o wiele krótsza, bo  teraźniejsza wypełniona za bardzo się wydłuża.  Ale i tak ją polubiłam, bo jest lekka, w torebce miejsca dużo nie zabiera, a pomieścić może bardzo dużo.


      






















            W następnym poście napiszę o przeczytanych za ten czas książkach.   Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy tu zajrzeli.

wtorek, 30 kwietnia 2019

16 prostokątów


        A jednak... Udało się dotarć do mety i skończyć moją "długogrającą " robótkę, czyli pled. Mogę nareszcie spokojnie odetchnąć, bo  efekt końcowy rozwiał wszelkie moje wątpliwości.  Koc całkowicie sprawdził się w swojej roli, bo chciałam mieć coś do przykrywania się podczas drzemki przed telewizorem. Jest miły w dotyku, ciepły i  odpowiedniej grubości. Pisałam już, że obawiałam  się czy moja robota  nie stanie się kiczem.Dziergałam bez konkretnego planu i bez przygotowania wystarczającej ilości włóczki. Wynik  nie wygląda na wyrób kiczowaty,  bo nawet ciekawy zestaw kolorów się dobrał ( przypadkowo). A najbardziej  cieszę się z tego, że pozbyłam  tylu motków i kłębuszków. Wymiary pledu: 150cm na 190cm, waga: 2,100 kg. W szafie i w pudłach trochę luzu powstało, bo nie uzupełniałam zasobów aż od października.

 


     Postanowiłam, że koc nie będzie  służył  jako narzuta na kanapę. Jednak czego się nie zrobi dla zdjęcia, aby lepiej zaprezentować ogólny widok. Nawet był rozłożony na podłodze.
        










      
      Jestem przekonana, że bardzo dobrze spisuje się w takim wyrobie wzór "podwójny ryż". Są wówczas obie strony identyczne,  struktura wzoru dodaje odpowiedniej pulchności robótce i przy użyciu  jest taki " sprężysty". W miarę rozciąga  się otulając człowieka i potem znowu powraca do swoich rozmiarów. Czy  chciałabym znowu dziergać coś o podobnych wymiarach? Nie mówię "nigdy", ale w najbliższym czasie taka robótka nie skusiłaby mnie, bo zbyt dużo przy niej monotonii. Trzeba się rozglądnąć za czymś mniejszym i szybciej powstającym.


   Jutro mamy wolny dzień od pracy, ale akurat do pracy na działce  tą okazję wykorzystamy. Na tych małych sześciu arach codziennie przybywa nowych kolorów i dźwięków. Prawda, na rabatach kwiatowych nie ma "rozpychania się", bo kwiaty wiosenne są raczej subtelnie skromne i szybko ustępują  miejsce rozrastającym się i w szerz, i w długość kwiatom letnim. Teraz  bardzo cieszą oko i umilają pobyt na tym skrawku natury.
     
























     Za czas mojego milczenia blogowego było niemało czytania.  W czasie ferii "połknęłam" kolejne cztery książki z "Jeżycjady". Przy nich  wypoczywam  i zapominam o swojej "metryce".
          Polecić zaś chcę następujące książki, które wywarły na mnie wielkie wrażenie i towarzyszą mi nadal w moich rozmyślaniach. 
              Uwielbiam  książki Herbjorg Wassmo. Zaczęło się zauroczenie twórczością pisarki, oczywiście od "Księgi Diny", a potem starałam się przeczytać wszystko, co tylko mogłam  zdobyć. Przed świętami  przeczytałam "Stulecie". Książka  o wątku autobiograficznym, gdyż opisuje losy trzech kobiet: prababki, babci i matki pisarki. Znowu pozwolę być nietaktowną  wobec mężczyzn i zaznaczę, że ta książka jest adresowana raczej do kobiet. Cudowny język, po mistrzowsku przekazane krajobrazy Norwegii i bardzo ciekawie  przedstawione  psychologiczne portrety głównych bohaterek powieści.
             Pavel "Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami". Po przeczytaniu nazwałam sobie autora "czeskim Wiesławem Myśliwskim". Może trochę więcej, jak na Czecha przystało, jest w tej książce humoru. Oba te opowiadania opisują  harmonię człowieka i przyrody, pasję, która daje poczucie wolności.  Z wielką  czułością i lekką ironią autor rysuje  portret ojca, który chyba z całej rodziny najdłużej pozostaje dzieckiem. Książka, która czytelnika ukoi a potem porwie nad wodę, aby razem z bohaterami łowić ryby.

  Życzę wszystkim prawdziwej wiosennej pogody i wiosennych nastrojów. 












czwartek, 21 marca 2019

Zajączkówna w bucikach


        Od dzisiaj już mamy wiosnę astronomiczną i z wielką nadzieją wyczekujemy ciepłych wiosennych dni, bo u nas w poniedziałek, chociaż krótko, ale poprószył śnieżek. Z ego też powodu  nie mogę zaniechać dziergania pledu.  Po trochu dłubię ten podwójny ryż, ale ponieważ to "robótka " na długo, to nie odbyło się bez tak zwanego przerywnika. Szczerze mówiąc  dla mnie to było ratunkiem od monotonii, która ogarnia przy długotrwałej robocie. Oczywiście, że  z przyjemnością dziergałam na drutach malutkie kapciuszki dla kilkumiesięcznego Warszawiaka. Wypróbowałam nieznany mi dotąd  sposób, bo dziergałam od podeszwy do góry , bez zszywania i drutami na żyłce. Spodobało mi się, że  można bardzo  dokładnie osiągnąć zamierzoną długość bucika.




       Praca przy bucikach była zbyt krótka i aby jednak tak szybko nie powracać znowu do dziergania pledu znalazłam wyjście z sytuacji.  Nowonarodzony ma starszą o trzy lata siostrzyczkę i przy odwiedzinach dziewczynka nie może czuć się pokrzywdzoną, więc musi dostać przytulankę. Już po trochu odczuwam tęsknotę do szydełka, z radością uchwyciłam się tej myśli. Nie chciałam improwizować  i postanowiłam skorzystać z darmowego wzoru Orlicy Craft. Wzór bardzo dostępnie rozpisany i bardzo szybko i miło mi się dziergało.


   Prezenty już dotarły do Warszawy i chyba niedługo trafią w odpowiednie ręce i na odpowiednie nóżki.


 


     Bardzo dawno nie pisałam o przeczytanych książkach, a uzbierało się tego niemało.
Carl Safina " Poza słowami. Co myślą i czują zwierzęta". Książka, którą według mnie musi przeczytać każdy. Mającym dorastające dzieci polecałabym wspólne czytanie i dyskusje. Pouczająca, zmieniająca pogląd na świat, na nasz stosunek do przyrody. Czułe stosunki w rodzinach słoni, czy zaciekła walka o miano lidera w stajach wilczych nie pozwala nam wątpić iż zwierzęta myślą, czują, cierpią

Jodi Picoul "W imię miłości". Jak i winnych książkach tej autorki, bohaterzy muszą wybierać czy postępować  zgodnie z  prawem, czy przekraczając go bronić skrzywdzone dziecko. Lubię książki tej autorki, bo traktuje je jako podręczniki psychologii napisane w bardzo dostępny sposób.  


Didier Decoin "Karpie imperatorowi" X wiek, Japonia. Rybak z biednej małej wioski dostarcza karpi do stawów przy pałacu imperatora. Po jego tragicznej śmierci w podobną podróż wyrusza jego młoda żona Mijuke. Książka po przeczytaniu nie została na dłużej w moich rozważaniach. Lekko czytająca się powieść, trochę przybliżyła tradycje ówczesnej Japonii.

Remigiusz Mróz "Nieodnaleziona" i Henning Mankel  "Zapora". Dla miłośników kryminałów śmiało polecam te książki, bo zasługują na miano "dobry kryminał". 



        I słów kilka o jeszcze jednym wydarzeniu. W końcu lutego nasza pani Prezydent była z wizytą w Polsce. Zdjęcie zrobione przed kolacją w pałacu Prezydenckim w Warszawie. Na pewno na zdjęciu poznaliście swojego i naszego prezydentów. A tą trzecią osobą na zdjęciu jest moja córka Alicja.






       Życzę wszystkim tej prawdziwej, ciepłej wiosny.


poniedziałek, 11 marca 2019

Do Wilna na Kaziuki

    Kalendarzowa  wiosna rozpoczyna się  1marca, astronomiczna - 21, a w Wilnie wiosnę tradycyjnie witamy  "Jarmarkiem  Kaziukowym". O jarmarku i tradycjach związanych z nim pisałam przed kilku laty  tu. W tym roku impreza  odbyła sie na starówce wilęńskiej 2-3 marca.
     Dzisiaj zaś chcę przybliżyć wam  atmosferę panującą na starówce wileńskiej w czasie jarmarku.
     Jarmark odbywa się po to, aby można było sprzedać, kupić, no i pogapić się... Wyruszamy tradycyjnie od Ratusza, przed którym rozmieszczono moc straganów.
     Oczy się rozbiegają od różnorodności wyłożonych towarów i gadżetów. Czego tu tylko nie ma? Widzimy ładne wyroby ceramiczne i drewniane, dużo ciepłych dzierganych czapek, skarpet i zabawek, kuszą kolorowe pierniki i ciasta. Pogubić się można oglądając te przepiękne lady z towarem. Ale jednak symbolem jarmarku była,  jest i będzie "palma wileńska".
     Zaczynamy op palm i palemek:


 





 


 


 


 


 

 



 



     Po palmach kolej na  pisanki i różne inne wyroby z drewna:


















        Wiklina: kosze, meble i dużo innych wyplecionych rzeczy potrzebnych w gospodarstwie, albo i niekoniecznie:










          Glina :




   
      Bardzo mnie ciekawiły stoiska, przy których sprzedawano robótki udziergane:










 



         Zgłodniały mógł się posilić przy takich stoiskach i wielu  innych:



     Na jarmarku widzielismy "kupców" nie tylko z Litwy. Jesteśmy  gościnni:


 








 




            Atmosferę każdej imprezy tworzą ludzie, i nie tylko... 










  Aniołki, lalki, zające:  




        Niestety w tym roku  zwiedzający Wilno turyści na taką imprezę już  się nie załapią. Ale w przyszłym roku, może warto te kilka dni na początku marca spędzić właśnie tu. Aby poczuć tą całą atmosferę trzeba tu być


 .
     Wszystkim, kto tu zajrzał, i na jarmark z nami się wybrał, życzę prawdziwej ciepłej wiosny, bo u nas dzisiaj Wilno w śniegu. 
    Na pożegnanie - oczywiście  palma: