Translate

piątek, 30 października 2026

Rozkminki październikowe.

 

                                                

      Staram się złapać za ogon  uciekający nam październik, aby zdążyć z wpisem jeszcze w tym miesiącu. Mamy w tym roku naprawdę ładną jesień, nawet parasole i gumowe kalosze drzemią sobie w schowkach. Jak nigdy długo ogród jest kwitnący, a  liście z drzew  opadają z niemałym opóźnieniem. 

                        

 
 

 
 
 
  
 
 

      Zgodnie z kalendarzem, jeszcze we wrześniu, zaczęłam planować sobie kolejne projekty na prace robótkowe. Zanim włączono nam ogrzewanie, poczuliśmy, że jednak trzeba mieć w domu zapasy ciepłych ubrań do otulania się. Przydały się grube swetry, wełniane kocyki. Nogi zaś szczególnie dobrze traktowały skarpetki z dodatkiem moheru. Tych kilka zimniejszych wieczorów przywróciło nas do realiów, że jednak zima nastąpi i szykować się trzeba już. Długo się zastanawiałam, co bym chciała w dniu dzisiejszym widzieć u siebie na drutach i wywnioskowałam, że to ma być kamizelka. Po pierwsze nie mam tego w szafie, a po drugie nęci mnie ten sam proces jej tworzenia. Kupiłam włóczkę, obejrzałam z kilkadziesiąt wzorów w internecie i nawet zrobiłam próbkę, którą wyprałam i zblokowałam. Więc zostało tylko obliczanie ilości potrzebnych oczek i narzucanie ich na druty. I... wlóczka nadal nietknięta leży w pudle. Otóż bardzo wiele rękodzielniczek na yuo tubie chwali się kilkoma  rozpoczętymi i jednocześnie wykonywanymi projektami. Pomyślałam, że może też tak spróbuję. A nuż będzie więcej motywacji przy zmianie drutów, mniej rutyny i wygram na czasie. Więc długo nie rozmyślając rozpoczęłam parę skarpetek i maluśki szalik z moherowych resztek. W planach było jeszcze nabieranie oczek na kamizelkę. Ale nie dla mnie ten plan skakania z jednego projektu na drugi. Jak złapałam druty ze skarpetkami, to musiałam skończyć parę. Potem kolejno wydziergałam szaliczek. Dalej powstawały nastepne pary skarpet, ale nie potrafiłam porzucić jednej robótki, żeby posiedzieć przy innej. Nie dla mnie takie inowacje, trzymam się swojego , przez lata wypracowanego regulaminu pracy. Rzecz musi być zakończona, wyprana , zblokowana i dopiero wtedy mogę skupić się na czymś kolejnym. Taka już jestem niewspółczesna...
      Więc pochwalę się, co powstało w pażdzierniku. W szafie miałam pudło z resztkami moherowymi. Zazwyczaj zostawało trochę włóczki po sweterkach i szalikach. Nie pasowały kolorystycznie do jednego jakiegoś wyrobu, więc odebrałam kilka kolorów i zrobiłam nieszeroki, ale długawy baktus. Potrzebowałam do kurtki otulacza na szyję, który nie byłby objętościowo duży, ale byłby ciepły. Pierwszy wyrób tak mi się spodobał, że podebrałam  kolory do drugiego i machnęłam z rozpędu kolejny baktus. 
 
 
  
 
 
 

 
 
  
  
 
    Cieszę się, że pozbyłam resztek i jednocześnie mam dwa praktyczne leciutkie (38g i 40g) szaliczki.
    Teraz kolej na skarpety, które zatrzymały produkcję kamizelki, 
 



  
    W skarpetkach też po trochu realizuję wyrabianie resztek. Są zrobione z Regii, Fabel, Nord. Na pewno jeszcze kilka par powstanie, bo w grudniu cześć rozejdzie się  na prezenty. Lubię dłubać drutami w czasie jazdy, i dlatego  niektóre powstały w samolocie, inne w autokarze, ale większość w samochodzie. 

   Przechodzimy do spraw książkowych. Przeczytałam kilka bardzo ciekawych książek. Zacznę od laureata tegorocznej Nike.
 
    Szczepan Twardoch "Null". Z dystansem podchodziłam do tej książki, bo tematyki wojennej staram sie raczej unikać. W tym przypadku książka całkowicie mnie pochłonęła, dosłownie nie mogłam się od niej oderwać. Czytając o kolejnych wydarzeniach ciagle myślałam, że to się dzieje teraz, że takie straszne  wypadki  zdarzają się gdzieś w wojsku ukraińskim, że żolnierze są w skrajnie ciężkich bezwyjściowych sytuacjach, i każdy prawie żyje z myślą, że niebawem stanie się "trzechsetnym". Literatura bardzo ciężka, ale bardzo polecam wszystkim.
    Jakub Małecki "Chimera"  . Kolejna powieśc autora, która zmusza nas bardzo głęboko przenikać w życiowe perypetie głównego bohatera. Lubię książki Małeckiego, bo zmusza czytelnika do poważnych refleksji, do rozwiązywania niejednej skomplikowanej  sytuacji, do cierpliwego oczekiwania na dobre rozwiazanie wszystkich problemów. Książka ciężka, na długo pozostająca z czytelnikiem.  Polecam, jeżeli lubicie twórczośc Małeckiego
     Elizabeth Strout "Bracia Burgess" To już u mnie czwarta ksiązka tej autorki,więc spodziewałam się, że i teraz nie rozczaruję sie jej mistrzowskim sposobem przekazywania relacji pomiędzy rodzeństwem Burgess. Tragiczny wypadek z dzieciństwa nie pozwala dwóm braciom i siostrze zapomnieć o winie każdego z nich. Można wyjechać z miasta rodzinnego na zawsze, ale nie można żyć w zakłamaniu... Bardzo polecam.
   Sergiusz Piasecki "Kochanek wielkiej niedźwiedzicy" To jest pierwsza powieść autora, która oparta jest na prawdziwych wydarzeniach z jego życia. W latach dwudziestych na pograniczu polsko-sowieckim kwitnie  przemytnictwo. Tym się zajmują całe wioski, noszą towar nie tylko mężczyźni, lecz i zdrowe, silne dziewczyny. W głównym bohaterze Władku rozpoznajemy samego Piaseckiego. Ciężka i niebezpieczna praca mimo wielkich  pieniądzy nie daje mu szczęścia. Polecam jako niezły kawałek prawdy historycznej. 
 
 
     Wszystkim tu zaglądającym życzę długich jesiennych wieczorów z ciekawą książką, lub innego spędzania czasu w dobrym towarzystwie.