Nie jestem z tych, co to tracą głowę w sklepach i czerpią energię z samego procesu kupowania. Zazwyczaj mam konkretny cel, kiedy wybieram się na zakupy, i każdy mój nabytek jest dobrze przemyślany. Jednak ostatni wypad do supermarketu zaprzecza wszystkim moim zasadom. Przy zakupach żywności natknęłam się przy stoisku z ważywami na rozmaryn w doniczce. Bardzo lubię wszelakie przyprawy, i dlatego roślinka powędrowała do koszyka. Wszystko w porządku, bo lubię kiedy w kuchni na parapecie jest zielony akcent. Ale... na tym sie nie skończyło. Na stoisku z nasionami ładne kolorowe paczuszki przykuwają moją uwagę. I co ja widzę. Przecież to nasiona przypraw, które można wysiać wczesną wiosną w domu, a potem sadzonki przenieść na działkę. Oczywiście kupuję : melisę, rozmaryn, tymianek, bazylię i lawendę. Bardzo zadowolona z siebie i z zakupów pędzę do domu. Rozpakowuję torby, krzaczek rozmarynu roztaczający przecudny zapach ląduje na parapecie, a wzrok mój zatrzymuje się na opakowaniach nasion. I tu napływają wspomnienia z moich ogrodniczych "eksperymentów": Przecież jeszcze nigdy dotąd nie udało mi się wyhodować sadzonek z nasion, i przyrzekałam sobie nie imać się tych prób więcej. Przecież nasze okna wychodzą na północ i światła dziennego wyrażnie nie wystarcza. Trzymam te paczuszki z nasionami w ręku i rozumiem, że kupiłam to wszystko pod wpływem emocji, bo widocznie za bardzo nawąchałam się w sklepie rozmarynu. Ale każdy problem potrzebuje trochę czasu, aby przestał być problemem. Więc zaczynam szukać rozwiązania i przypominam sobie, gdzie jest odpowiednio oświetlony parapet. Ależ w pracy,w naszym pokoiku metodycznym mamy okno wychodzące na wschód i z rana dobrze oświetlone. Ponieważ do pracy mam tylko 100 metrów od domu, więc założenie ogródka nie sprawi mi trudności. Nazajutrz zapoznałam ze swoimi planami ogrodniczotwórczymi koleżankę, z którą dzielimy pokój. Ona na to przyklasnęła w ręce i uradowana powiedziała : " Pięknie, ty będziesz uprawiać, a ja z chęcią z tego skorzystam". Nic nie powiedziałam jej o tym, że dotąd nigdy jeszcze niczego nie udało mi się wyhodować z nasion. Niech żyje nadzieją, tak jak ja...


A teraz dla spotykających się u Maknety we środy. Robótkowo byłam przy małych projektach czyli przy szydełkowaniu zabawek, bo wszyscy takowymi obdarowani bardzo się cieszą. Moja serdeczna przyjaciółka ze szkolnej ławy też zamówiła sobie na urodziny misia. Więc zaczęło sie od misiaczka, a potem chciałam wypróbować coś nowego.
Kiedy widzę ludzi z psami na spacerze, to mimowolnie powracam do czasów, kiedy mieliśmy naszego Kolta- mądrego i oddanego wilczura. Niestety Kolt już pozostał we wspomnieniach, a mnie
coś natchnęło, że muszę udziergać pieska. Z wilczurem bym nie poradziła, ale za jamnika się zabrałam. I tak powstał nowy prezent dla kogoś.





Nie należę do gorliwych emancypantek, ale zauważyłam ostatnio, że trafiają mi się przeważnie książki napisane przez kobiety. I fakt ten mnie bardzo cieszy. Mimo wielkiej ilości wybitnie "lekkiej kobiecej" literatury, która raczej wychodzi z pod pióra kobiecego, jest bardzo dużo książek o zagmatwanych losach kobiecych, które tak prawdziwie przekazać moga tylko te, które tego zaznały. Do takich książek mogę zaliczyć " Listy miłości " Marii Nurowskiej. Książkę niemożliwie odłożyć, o niej nie można zapomnieć. Historia napisana w formie listów pokazuje w jakich niewiarygodnych sytuacjach mogą znależć się ludzie w czasie wojny, jak okropnie są łamane losy kochających sie ludzi po wojnie. Mimo wszystkich doznań i upokorzeń i Krystyna, i Marysia potrafią w najtrudniejszych chwilach nie stracić ludzkiej godności. Książkę "podpatrzyłam' u
Kamilli, i bardzo się cieszę, że nie odłożyłam jej na dłużej.
Wszystkich zaglądających na te strony serdecznie pozdrawiam z mrożnego dzisiaj Wilna.