" Kto czyta książki, żyje podwójnie..." /Umberto Eco/
W ostatnim poście nie pisałam o książkach i ku mojemu zdziwieniu kilka osób w komentarzach przyznało się, że czekają na moje relacje o przeczytanym. Byłam tym mile zaskoczona, bo mam ogromny sentyment do ludzi czytających. Wiadomość o tym , że ktoś z obcujących ze mną jest gorliwym czytelnikiem, sprawia, że zaczynam czuć do tej osoby szczególną sympatię i darzyć wielkim zaufaniem. Czasami to się nie sprawdza na praktyce, ale nadal uważam, że książki każdego z nas doskonalą.
Moja przygoda z książkami zaczęła się od szóstego roku życia. Prawie do siedmiu lat rosłam u babci na wsi, gdzie byłam oczkiem w głowie u otaczających mnie dorosłych. Dwie młodsze siostry mojej mamy były wówczas uczennicami w przedmaturalnych klasach. Nigdy nie nazywałam ich ciociami, skoro jeszcze chodziły do szkoły. Moje uniwersytety zaczęły się od ich podręczników, które pozwalano mi przeglądać. W ówczesnych podręcznikach ilustracji nie było zbyt dużo, i dlatego bardzo ciekawiła mnie treść tekstów. Początkowo dziewczyny czytały mi, ale chyba potem wywnioskowały, że bardziej się opłaca zapoznać mnie z abecadłem. Pewnego razu postanowiłam zademonstrować babci swoje postępy w czytaniu i mój wybór padł na wiersz Marii Konopnickiej "Dzwony". Babcię wiersz poruszył do łez, a ja postanowiłam wówczas, że sprawię jej wielką radość, jeżeli nauczę się go na pamięć. I te z tragicznym tekstem dzwony dźwięczały w domu od rana do wieczora, recytowałam go wszystkim, kto był chętnym do słuchania. Wówczas na Litwie językiem państwowym był rosyjski i nauczyłam się posługiwać tym językiem kiedy będąc w mieście bawiłam się na podwórku z innymi dziećmi, które pochodziły z rodzin litewskich, polskich, rosyjskich i żydowskich. Wszyscy między sobą rozmawialiśmy po rosyjsku, po przyjściu do domu mówiło się w swoim języku. Zaczęły się mi trafiać ciekawe dziecięce książeczki rosyjskie i jakoś bez problemu poznałam rosyjski alfabet. No i zaczęło się czytanie wszystkiego, co trafiało do moich rąk, a były to naścienne kalendarze, książeczki do nabożeństwa, nawet skrawki starych gazet, no i oczywiście w kiosku od pani, z którą zawarłam znajomość dostawałam z pod lady tygodnik "Miś". Do szkoły poszłam umiejąc czytać, ale nie umiejąc pisać, bo to mnie nie ciekawiło.Tak już przeszło pół wieku nie rozstaję się z książką, w szkole starałam się przeczytać wszystkie utwory programowe, o ile można było je zdobyć. Były czasy, kiedy od rana staliśmy w kolejce przed naszą księgarnią"Przyjaźń", aby podczas"Dni polskiej książki" zdobyć ówczesne "perełki" -utwory Siesickiej, Snopkiewicz, Chmielewskiej... W tamtych czasach niezmiernie cieszyliśmy się otrzymując prezent w postaci książek. Takie były czasy...
Nie rozstawałam się z książkami nigdy, kiedy były trudno dostępne, to zbieraliśmy makulaturę, aby otrzymać talony na zakup dzieł znanych klasyków. Teraz cieszę się, że mogę przebierać i wybierać, bo dzięki elektronowym czytnikom większość pozycji stały się dostępne. Często pytają mnie, czy czytanie książek z czytnika nie pomniejsza ich wartości. Absolutnie nie mam wrażenia, że zostałam pozbawiona jakichś wartościowych doznań tylko z tego powodu, że czytam książki w wersji elektronowej. Odwiedzam bibliotekę i nie stronię od książek tradycyjnych, ale bardzo cenię wygodę czytania z czytnika w czasie podróży, oraz to, że dzięki temu, iż od córki dostałam w prezencie czytnik przywiązany do Legimi, to mam w zasięgu ręki i oka niemało literackich skarbów. Jak wybieram? Bardzo cenię sobie opinie czytelników z "Lubimy czytać", dzieci mi też podpowiadają po jaką pozycję warto sięgnąć, na szczęście mam czytające potomstwo. No i mam niemało blogerek, których literackie gusta są podobne do moich i u nich też podpatruję czym mam popełnić swoją listę do przeczytania. Nigdy nie czytam kilku książek naraz, tylko przy robótkach słucham audiobooku.
A teraz przechodzę do porad i poleceń w zakresie czytania na lato.
Bardzo polecam miłośnikom kryminałów kolejną książkę debiutantki Weroniki Mathia "Szept" . O jej pierwszej książce "Żar", która zdobyła tytuł książki 2023 roku w nominacji na najlepszy debiut już pisałam i też gorąco polecałam. Druga pozycja nie ustępuje pierwszej.
Kto chce łagodnej historii , z bardzo ciekawymi bohaterami i w niecodziennych okolicznościach polecam sięgnąć po "Kameliowy sklep papierniczy" Ito Ogawy. Warto przyjrzeć się, jak Japończycy potrafią delektować się najmniejszym wydarzeniem, świętować kwitnienie drzewka, oraz , jak rytuał pisania i wysyłania listów (tych papierowych) może całkowicie odmienić życie jak nadawcy, tak też odbiorcy listów. Byłam zauroczona tą powieścią i oczywiście polecam ją jako literaturę kobiecą.
Stephan King " Holly" - trochę mi wstyd, że tak długo obchodziłam stroną jego książki. Mistrz, nic dodać, nic ująć.
Rebecca K. Fuang w " Yellowface" - ukazuje nietypową przestrzeń, świat wydawnictw, pisarzy i recenzentów. Książka, która jednych zagarnia całkowicie, innych rozczarowuje. Byłam w pierwszej grupie czytelników. Od pierwszych stronic główna bohaterka poprzez przypadek trafia w przykrą sytuację, i zostaje wciągnięta w codzienne zmaganie z otaczającym światem, z powodu raz popełnionego przestępstwa.
Katarzyna Zyskowska " Sprawa Hofmanowej" .Lata 30-te, przedwojenne Zakopane ze swoją niepowtarzalną atmosferą. Fikcyjna historia opiera się na faktach tatrzańskich tragedii z lat 20-tych. Wartka akcja, barwne postacie trzymają czytelnika do końca powieści. Raczej z tych, co niebawem się zapomni. Ale swego czytelnika książka znajdzie.
Dzisiaj będzie mało o robótkach, bo brałam udział w testowaniu skarpet, o których nie mogę jeszcze teraz pisać. W szafie zalegała zakupiona u Kokonków cienka bawełna, która postanowiłam przerobić na letni sweterek. Jakoś opornie mi to idzie, bo druty cieniutkie i nie wiem , czy będzie mi się gotowy wyrób podobać, bo wzór wymyślam w trakcie dziergania.
Na działce przeminął już okres kwitnących drzew. Cudownie, jak pod kożuszkiem bitej śmietany, prezentowały się jabłonie, niepowtarzalne również w maju były bzy. Na grządkach przy tak ciepłej pogodzie panoszą się chwasty, kwietniki potrzebują rekonstrukcji po przekwitniętych roślinach wczesnowiosennych. Jednym słowem pracy przewidzi się moc, a sił już brak na wszystko, więc w niektórych miejscach ogrodu samowolnie powstają "naturalne ekologiczne zakątki"
No i tyle na dzisiaj. Chcę wszystkim tu zaglądającym życzyć pięknego powitania lata, doboru odpowiednich rozrywek i ciekawej literatury. A tym, kto się zastanawia, czy warto przyjechać do Wilna przesyłam kilka obrazków z naszych wileńskich uliczek.