Czerwiec. W naszym gimnazjum skończył się kolejny rok szkolny. Przekwitły tulipany, jabłonie i nawet już bzy. Czas leci, ani się obejrzymy, a już nastąpi najkrótsza noc w roku.
Stopniowo wychodzimy z okresu kwarantanny, jedni szybko rzucając się w wir wydarzeń i starając się nadrobić zaległości towarzyskie, inni nadal w maseczkach, podejrzliwie obserwując sytuację i trzymając się z dala od tłumów. Należę raczej do kategorii tych ostrożniejszych, wolę wysłuchać zwierzeń sąsiada zachowując odpowiednią odległośc od mówcy, w sklepie posługuję się maseczką i rękawiczkami.
Czego nas ten czas nauczył? Przede wszystkim, że trzeba samemu szukać sposobów na przetrwanie w zmienionych warunkach. Przy próbach rozstrzygnięć niecodziennych sytuacji chyba każdy coś dla siebie odkrył nowego. Dzisiaj trochę o moich "odkryciach".
Polubiłam seriale. Dotychczas nie kusiło mnie oglądanie seriali przy machaniu drutami, mimo iż wiele blogowiczek to praktykuje. Przy kolejnym moim zrzędzeniu, że już nie mam nic do czytania, córka zaproponowała mi obejrzenie seriału "Downton Abbey". I stało się... zaliczyłam wszystkie 6 sezonów. Obejrzałam również "Genialną przyjaciółkę", "Unorthodox". Teraz się nastrajam na "Sagę rodu Forsajtów" przy następnej zaplanowanej robótce.
I o nowych wyzwaniach z innej dziedziny. Mamy większa częśc mieszkania wychodzącą na stronę północną, co nie bardzo sprzyja wszelakiej roślinności domowej. Jeden zaś z balkonów od strony południowej bardzo krótko w ciagu dnia jest w zasięgu promieni słonecznych, bo otaczają= nas (parter) wysokie bloki sąsiedzkie. Kiedyś, po jednej z prób przyjęłam zasadę, że nie da się u nas niczego wyhodować na balkonie i przecież można wszystko kupić, zanim nie wyrośnie na działace. I tak było aż do tego roku. Nie mając możliwości i odwagi wychodzić często na zakupy dochodzę do wniosków, że można przecież metodą prób i doświadczeń starać się o udokonalenie istniejących warunków. I okazało się, że można mieć dla potrzeb codziennych swoją pietruszkę, szczypiorek, bazylię ( byłam przekona, że nie). Podzielę się już wypróbowanym przeze mnie sposobem ( oczywiście z internetu) na hodowanie szczypiorku. Otóż każdą głowę cebuli, którą używam do potraw krajam tak, aby zostawić nietknięty rdzeń, gdzieś o średnicy 1-1,5cm. Ścinam mu czub i takie sadzonki co kilka dni wędrują do doniczek. Cebulę zjadamy, a sam środek do ziemi.Takie doniczki są u nas od marca -zawsze mam świeży szczypiorek na kanapki czy do chłodniku. Posadziłam również pietruszkę , z nasion wykiełkowała bazylia. Mieliśmy swego rodzaju atrakcję w doglądaniu i obserwowaniu zachodzących zmian na parapecie.

Moim nowym wynalazkiem było podgrzewanie wysianych warzyw w piekarniku. Dziwne?
Na działkę pojechaliśmy gdzieś w kwietniu i wysiane w doniczkach warzywa i kwiaty na rozsadę zostawialiśmy na czas naszego odjazdu w domku. Po kilku dobrych tygodniach nie doczekaliśmy się żadnego kiełka. Postanowiłam nową porcję nasion zabrać do domu, namoczyć i sprawdzić czy są życiodajne. Kiedy dostrzegłam oznaki kiełkowania wysadziłam nasionka do malutkich tekturowych pojemniczków. I akurat wtedy bardzo się oziębiło na dworze, a ogrzewanie mieliśmy już wyłączone. Było tak zimno w mieszkaniu, że spało sie w wełnianych skarpetach. I znowu ryzykowaliśmy stracić sadzonki, na co nie mogłam sobie pozwolić. I wtedy zaczęłam podgrzewać tace z sadzonkami w piekarniku przy 30 stopniach i oczywiście otwartych dzrzwiczkach. I sposób nie zawiódł, roslinki juz przewędrowały do gleby i rosną.
Tak wygladała wówczas moja "szklarnia"
No i nauczyłam się odważniej podchodzić do eksperymentów drutowych. Kiedyś bardzo ostrożnie traktowałam łączenie kolorów czy też faktur różnych włóczek. Ciągle obawiałąm się, że powstanie "kicz". Niestety miałam za sobą tak nieracjonalne zakupy włóczkowe, że znalazły się w moim posiadaniu ilości różnych motków niedostateczne na jakiś projekt. Pamiętam, że często kupowało się po 2-3-4 moteczki różnej włóczki, a bo to ładna, a bo to promocja. Więc marznąc w domu przyszłam do wniosku, że koniecznie potrzebuję dobrego ciepłego swetra z wełny i to na teraz. Miałam do dyspozycji akurat z 10 moteczków Limy w trzech niebardzo pasujących do siebie kolorach. Zaryzykowałam ich połączenie w całość i wyszedł taki przytulny i ciepły "zwyklak" najzwyklejszy. Kiedyś by mi na te połaczenia odwagi nie starczyło. Pogoda i "pandemia' zmusiły.
Na sesję zdjęciową na działce załapał się skończony już śweterek "piórkowy' dla córki .
Powstał z Brushed Alpaca Silk i cieniutkiej wełnianej niteczki Haapsalu.

Skoro jesteśmy na działce, to pokażę, jak się zmieniały widoki, które niestety bardzo szybko przemijają.



Kiedy w maju zakwitły jabłonie, myślałam, że to jest najpiękniejsze, co może zaoferować nam drzewo, kiedy zaś przyszła pora na kwitnące bzy, to ich urok i ten roztaczany aromat skradł mi serce....
A tu na zmianę bzom wkraczają zwiastuny lata:

Oczywiście, że się czytało.
M.Andersen Nexo "Ditta". Pięknym językiem opisuje autor ubóstwo,walkę o przetrwanie w beznadziejnych sytuacjach. Poznaje się obyczaje i tradycje Duńczyków z najniższych sfer. A jednocześnie budzi zachwyt bohaterki, która po każdym upadku powstaje z wiarą i nadzieją. Polecam.
Pod ręką mam
"Opowiadania i dramaty" A.Czechowa. Kiedyś niektóre musieliśmy "zaliczyć" w ramach lektury obowiązkowej. Nie zachwycał mnie odległy wówczas mi świat jego bohaterów, ani jego wyrafinowany sposób przekazywania ludzkich uczuć, czy obrazków z ich życia. I teraz na nowo odkryłam sobie Czechowa. Wszystko mnie zachwyca: tragikomiczne perypetie bohaterów, subtelny humor autora, po mistrzowsku przekazywane portrety charakterów. Spróbujcie odkryć dla siebie Czechowa, bo warto.
Na dzisaj aż tyle. Życzę wszystkim udanej lektury, dobrej pogody i pokrzepiającej statystyki o cofającym się zagrożeniu.