Translate

sobota, 31 stycznia 2026

Powrót do zimnej rzeczywistości


      Pochmurne i szare grudniowe dni zachęciły nas do zarezerwowania tygodniowego wypoczynku w Egipcie. Pomysł był jak najbardziej udany, bo  tegoroczny styczeń zaskoczył nas wszystkich, a szczególnie drogowców, obfitym śniegiem i mrozami. Wyruszaliśmy na lotnisko o poranku, kiedy termometry w Wilnie wskazywały -15 C. Egipt powitał nas zaś bardzo przyjaźnie słoneczną i ciepłą pogodą. W tym roku wybór nasz padł na  hotel w miejscowości Szarm al Szejch, bo w lutym ubiegłego roku w Hurgadzie trafiliśmy na wietrzną pogodę. 

      Byliśmy mile zaskoczeni  lokalizacją hotelu, jak i panującą tam przyjazną atmosferą. Terytorium hotelu zadbane, mnóstwo miejsca do wypoczynku, sprawnie obsługujące klientów bary, uprzejma obsługa. No i trzeba jeszcze dodać, że bardzo smakowały nam dania podawane w restauracjach hotelu, codziennie były dania kuchni morskiej, soki ze świeżych owoców, oraz mnóstwo słodyczy na deser. Prawdziwa uczta dla żołądków. Ponieważ hotel nie był wypełniony na 100%, więc walk o leżaki nie prowadzono. Najcieplejszy był dzień, kiedy mieliśmy w cieniu 27C. Nasze sześcioosobowe towarzystwo kąpało się codziennie, bo woda ponad 20C nie wystraszyła nas. Bardzo szybko upłynął nam czas, wypoczęliśmy, na krótko zapomnieliśmy o mroźnej tego roku zimie, trochę pozwiedzaliśmy. Bardzo jesteśmy zadowoleni, że udało sie trochę uzupełnić te zapasy witaminy D. Aby nie być gołosłowną wrzucam trochę zdjęć z podróży. 


 

 







 

                                                                                     

 

 

 

 

 

                      

 

 

 

 

 

 

 

     W samolocie, jak też na plaży niemało się czytało. Więc mogę się pochwalić, że książkowo styczeń tego roku jest urodzajny. O niektórych pozycjach chciałoby się napisać konkretniej. 

     "Korzenie" Alex Haley. Dostałam na gwiazdkę od dzieci, 800 stron drobną trzcionką. Postanowiłam ją koniecznie przeczytać przed wyjazdem, bo w drogę zabieram tylko czytnik. Z rezerwą podchodziłam do powieści, bo było wiadomo, że to książka o niewolnictwie, więc będzie się czytało z ciężkim sercem, a jeszcze jest tak ogromna objętościowo. W rzeczywistości od pierwszych stron całkowicie mnie książka pochłonęła. Opisane tradycje i warunki życiowe ludzi w niewielkiej wiosce w Gambii ukazują nam, jak  już w połowie 18 wieku w tej społeczności były przemyślane i  rozstrzygane różne problemy i sprawy życiowe. Istniał swój sąd, bardzo odpowiedzialnie podchodzono do wychowywania chłopców na mężczyzn, kolektywnie dzielono się zapasami w okresach wielkiego głodu. Właśnie w takiej atmosferze rodzi się i rośnie w tej wiosce  jeden z głównych bohaterów Kunta Kinte, który zostaje porwany przez handlarzy niewolników. Młodzieniec wyrwany z wolności trafia do niewoli, rozpoczyna swoje nowe życie pełne tragedii. Śmiało mogę powiedzieć, że dawno już takiego wstrząsu po przeczytaniu ksiażki nie doznawałam. Teraz przekazałam tą "cegłę" koleżance, i ona też w niej przepadła...

" Cały ten błękit" Melissa da Costa I znowu wspaniała książka z tych trudnych, ale jak wspaniale ukazujaca, iż ból, rozczarowanie, tragedie mogą porodzić nowe uczucia. Dwie złamane życiowo osoby umawiają się mailowo, aby wspólnie wyruszyć kamperem w podróż w "nieznane", aby razem przejśc przez moc wyzwań...Polecam.

"Idealny syn" Freida McFadden,. Lubię książki tej autorki, i mimo iż ta nie jest tak  pociagająca jak poprzednie, to jednak przeczytałam ją i nie żałuję poświęconego na to czasu. Bardzo współczułam matce głównego bohatera, bo na barki tej kobiety ciągle spadają wychowawcze problemy. Prawda, trochę się rozczarowałam, kiedy nie doczytując do końca domyśliłam się, jaki będzie finał. Trudno, zdarza się. 

"Przewieszenie" i "Trawers" Remigiusza Mroza.  Akurat literatura na urlop. Dla miłosników kryminału komisarz Wiktor Forst jest bohaterem , któremu się wierzy i współczuje. 

Hermann Hesse"Opowiadania" oraz Fiodor Dostojewski" Białe noce"przeczytane, bo w tym roku chcę trochę czasu poświęcić noblistom. 

      Wszystkim tu zaglądającym życzę  ciepłego "lutego", bo styczeń już pośnieżył i pomroził w nadmiarze. Dzisiaj z rana mieliśmy -22C. 

      

                                           

    

 

 

 

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Koń się zbliża...

      Postanowiłam, że muszę  jeszcze złapać za ogon ten umykający  miesiąc, aby zaliczyć  post grudniowy. 

      I już po Świętach. Poczuło się jako taki luz, kiedy  nie boli głowa, czy wszystko jest kupione, czy prezenty dobrze obmyślane, czy mieszkanie wysprzątane... Korzystamy z wolnego czasu tak, jak się nam podoba. Książki, seriale i robótki to dla wielu najlepsze towarzysze w czasie relaksu. 

     Tradycyjnie postaram się podsumować odchodzący rok, przeglądając swoje "rękoczyny". Robótkowo poświęciłam ten rok na "swetrowanie", ucząc się jakichś nowych technik, poznając nowe włóczki. W dorobku znalazło się osiem swetrów, dwie bluzki i top. O wszystkich pisałam w poprzednich postach, a o tym najbardziej pracochłonnym i najświeższym  opowiem teraz. Wspominałam niejednokrotnie, że bardzo lubię różne wyzwania, które motywują mnie do poznawania nowych technik. Długo się przyglądałam na Pinteresie przeróżnym wyrobom z "kwadratów babuni". Niektóre rzeczy podobały się mi, niektóre były nie do zaakceptowania. Już nawet nie pamiętam, jak się stało, że z córką wpadłyśmy na pomysł, żeby zagospodarować pozostałe motki bawełnianoakrylowe w postaci kwadratów. No i zaczęło się... Schematów na kwadraty jest mnóstwo. Po obejrzeniu kilku filmików i po poczynionych próbkach zrozumiałam, że na początek trzeba zaczynać od najprostszych. Dominował w naszych motkach kolor czarny, trochę było szarego i fioletowego. Więc trzeba było kombinować wzory z tych kolorów. Postanowiłam, że sweter będzie z trzech gatunków kwadratów. Codziennie po kilka musiałam wyprodukować, bo potrzebowałam na całość ich 59. Muszę przyznać, że szybko dopadła mnie nuda, bo to wszystko się powtarzało. No, ale skoro się zaangażowało, więc brnęłam do przodu. I przed Świętami sweterek narzutka był gotowy. Córka mówi, że się podoba i będzie noszony.   







   Czy będę chciała przedłużyć przygodę z kwadratami, najwyraźniej "nie". Jednak u mnie szydełko przegrywa w konkurencji z drutami. Skarpet tego roku wyprodukowałam 30 par. Lubię dziergać te  małe formy, więc na pewno tego w przyszłym roku nie zarzucę. 

    Książki... Niestety tylko 54 przeczytane  w tym roku. Ale bardzo dużo różnych żyć przeżyłam razem z bohaterami tych przeczytanych utworów. Do niektórych codziennie myślami powracam, a to znaczy, że warto było czytać... I jak co roku "TOP 5 książek":

1. Maciej Siembieda trylogia "Katharsis", "Nemezis", "Kairos"

2. Jakub Jarno "Światłoczułość"

3. Barbara Kingsolver " Demon Copperhead"

4. Karin Smirnoff  trylogia " Pojechałam z bratem na południe", "Jedziemy z matką na północ", "Wracam do domu"

5. Izabela Janiszewska "Apartament"

 

       Wszystkim tu zagladajacym życzę, aby  nadchodzący rok był hojny w dobre wydarzenia, a skoro jest to rok "konia", to niech obdarzy nas końskim zdrowiem.

    







wtorek, 25 listopada 2025

Zima straszy wtargnięciem





      Już trzeci dzień mamy  prawdziwą zimę, ze śniegiem i z temperaturą poniżej zera. Nie zawsze bywamy przygotowani na takie raptowne zmiany pogodowe, ale planować, projektować i dziergać zimowe akcesoria już najwyższy czas. W tym roku byłam bardziej zaangażowana w produkcję swetrów, więc skarpety powstawały w spowolnionym tempie, aby po trochu wyrabiać zapasy włóczek, i aby nie zabrakło par na niespodziewane prezenty. Ostatnio zrobiłam trzy pary w takiej świątecznej kolorystyce. Wykorzystałam włóczki Opal i Fiestę, które uwielbiam  i w robótce, i w noszeniu.

                     

                                    

               Myśląc o cieple nóg nie można zaniedbywać głowy. Z czapkami nie za bardzo się lubimy, takiej idealnej dla mnie pasującej  jeszcze nie odnalazłam. Ale odświeżyć tą część garderoby też wypadało, więc wykorzystałam z zapasów różową Limę i Kid Silk moherek od Dropsa. Czapa jest bardzo ciepła, więc ma szanse być noszoną, bo "znawcy" prognozują surową zimę. 


 

       Córka zaś zażyczyła kaptura z kominem. "Pobiegałam " po blogach dziewiarskich, obejrzałam niemało filmików i zaczęłam przygodę z nowym wyzwaniem. Muszę przyznać, że bardzo mnie ten nowy proces zaciekawił, byłam bardzo zaintrygowana, czy dam radę przy podwójnej lamówce, ale wszystko poszło gładko, i z wyliczeniami co do rozmiaru też trafiłam. 

 

 

       Na kaptur zużyłam dwa motki Lana Gatto VIP i półtora motka KId Silk moheru. Po raz pierwszy miałam do czynienia z włóczką z mieszanki merino z kaszmirem.  Wyrób okazał się lekki, mięciuchny, aż sama skusiłam się przymierzyć. Musi być praktyczny w noszeniu, bo można kaptur zsunąć z głowy, można naciągnąć nawet na czapkę ( w mrozy), no i zaoszczędzi się na szaliku.

       Uwaga ,czytający, polecam kolejne dwie książki Małgorzaty Oliwii Sobczak z serii "Kolory zła". Kto już poznał prokuratora Leopolda Bilskiego może sobie poczytać o jego kolejnych perypetiach z  życia prywatnego, oraz trudnych do rozwikłania sprawach zawodowych. Znajdziecie te historie w "Błękicie" i "Zieleni". Na pewno nie są to kryminały z najwyższej półki, ale polecać można.

    Amanda Peters "Zbieracze borówek" . Bardzo rozreklamowana powieść, więc może po wielkim oczekiwaniu  pozostał mi nieduży niedosyt. Ciekawy temat, utrata dziecka i całe życie trwające poszukiwania zaginionej córki i siostry... Dużo obrazków opisujących życie ludzi  z plemienia Mikmaków z Nowej Szkocji. Książka warta polecenia. 

         Dzisiaj wybrałam się na krótki spacer stałą trasą do małego jeziorka. Ach ta zima, kolorowe obrazki z przed kilku tygodni zamieniła  na biało czarne...

         Wszystkim tu zaglądającym życzę  łagodnej zimy, ciepłych butów i dobrze dopasowanych do głów czapek. 


      

poniedziałek, 20 października 2025

Moje wzloty i upadki z "ramieniem japońskim"



    Chcę się pochwalić naszą piękną, zaiście już złotą jesienią. Widoki takie, którymi chce się napawać na zapas. Szkoda, że zdjęcia   nie są w stanie przekazać całkowitych  czarujących obrazów. Ale mimo wszystko przechodząc obok nie da się nie chwytać za telefon, aby ten kolorowy świat uwiecznić. 

                   

 

       

                                           

                                                                            

                                  

 

                                                                                        

            

                   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   

 


                                                                                                      

                 

                     

         

                                    

     Mieszkamy na obrzeżach Wilna i i o każdej porze roku mamy  mnóstwo pięknych krajobrazów do podziwiania, obok których nie da się przejść obojętnie.

        Dziwny jest tytuł do tego posta, ale w trakcie czytania da się zrozumieć, o co mi chodziło z tym ramieniem. W dalszym ciągu poszukuję ciekawych i nowych eksperymentów, prowadzących do  poznawania nowych praktyk dziewiarskich. Nie jest tajemnicą, że większość dziewiarek dzięki nieograniczonym możliwościom internetu odkrywa  nowe, dotąd niestosowane metody, które stają się potem nieodzowne w praktyce. Ja również oswoiłam kilka nowych sposobów jak na robienie reglanu od góry, czy też na ciekawe nabieranie oczek, oraz na ich zamykanie. Chce się jeszcze innych nowych wyzwań i odkryć. Na robótkę jesienną zaplanowałam sobie ciepły, lecz niegruby sweter z połączenia włóczek "Fabel" nr 623 i Kid Silk nr 04. Włóczkę kupiłam u Dropsa i zanurzyłam się w poszukiwania ciekawego modelu z jakimś nowatorskim dla mnie dotychczas nieznanym sposobem dziergania. Zauważyłam, że ostatnio jedną z najbardziej zachwalanych i często stosowanych metod przy dzierganiu swetrów jest "ramię japońskie". Dziwna nazwa, tym bardziej, że tak nazywanym jest ten sposób w Pintereście i na blogach rosyjskich. Wczoraj przypadkowo natknęłam się na jego opis na stronach Dropsa i tu ma nazwę "ramię europejskie". Trochę pogubiłam się w tych terminach, ale tak długo byłam myślami przy japońskim, że u mnie już tak i zostanie. Więc przepatrzyłam moc filmików i zrozumiałam, że sedno tego sposobu jest w tym, że szew z ramienia przesuwa się na plecy i ukośnie opada do połączenia się z rękawem. Na plecach to wygląda , jak łagodnie opadający reglan.  Z opisów, które przestudiowałam wywnioskowałam, że sam proces nie jest skomplikowany, o ile się robiło swetry od góry, a takich poczyniłam niemało.

    Na tył nabrałam 104 oczka. Rozdzieliłam markerami po 34 na ramiona i 36 na dekolt. Z obu stron dekoltu rzędami skróconymi zrobiłam małe wgłębienie. Dalej w każdym rzędzie dobierałam po dwa oczka z tych przeznaczonych na ramiona. Tak zaczął formować się ukos, aż wszystkie 104 oczka znowu były przerabiane pionowo w dół do podkroju na rękaw. Przełożyłam  te oczka na drut pomocniczy ( mam specjalne kupione do tego bardzo przydatne akcesoria), i z każdego ukośnego ramienia nabrałam po 34 oczka i robiłam od tego miejsca przód. W odpowiednim miejscu, po uformowaniu kształtu dekoltu, połączyłam te dwie szerokie szelki i robiłam przód swetra posuwając się do dołu. Kiedy nadszedł czas połączenia pleców z przodem dodałam po 8 oczek na podkrój rękawa. I dalej w jednym kawałku aż do dołu. A potem już dorabianie rękawów i wykańczanie dekoltu. Tradycyjnie zaliczyłam po kilka poważnych etapów z pruciem, szczególnie namęczyłam się przy formowaniu dekoltu. Sama faktura dzianiny była bardzo przyjemna w dotyku i ten zmiksowany kolor bardzo mi odpowiadał, więc popełniane błędy nie zniechęciły mnie do pracy.    Gorzej wypadła przymiarka.Tu właśnie nadeszło rozczarowanie. Wyrób był wyraźnie za duży, za długie rękawa, jak i sam sweter A przecież robiłam próbkę wzoru, wyprałam ją i dokładnie rozliczałam potrzebną ilość oczek. Widocznie nie na każdą sylwetkę pasują zalecane ilości oczek na luz wyrobu. Wszędzie było dzianiny za dużo. Nie podejmowałam pochopnych decyzji, tylko wywnioskowałam, że koniecznie muszę skrócić rękawa i od tego postanowiłam  zacząć. 

                                                                                                                  

      Po skróceniu obu rękawów sweter zupełnie inaczej siadł na mnie. Jakby zmniejszył się w plecach. Widocznie ciężkie rękawa zbytnio rozciągały dzianinę. Skrócenie zaś samego korpusu swetra odbyło się bezproblemowo, bo przecież oczka były zamykane na dolnym ściągaczu. I niby wszystko się ustatkowało. Przynajmniej ja sama jestem zadowolona z przeróbek. Na przyszłość muszę bardziej uważać przy pracach obliczeniowych ( dla przedstawiciela nauk ścisłych ,to jest nieszeregowy wniosek) . 

 

                                   

                                                                                       

                                        

 

   

  No i w końcu, co do tych ramion japońskich, o których zaletach tyle się słyszało. Owszem, wyrób z takim ramieniem dobrze układa się na człowieku, dekolt ładnie trzyma formę, nie tak, jak przy reglanie, gdzie trochę  się rozciąga. Z przodu w ogóle nie widać szwu. Innych znacznych cech wyróżniających taki wyrób nie zauważyłam. Prawda, przy takiej robocie nie da się znudzić, bo konstrukcja jest ciekawa i ciągle trzeba przymierzać, co daje też możliwość dostosować wyrób do swojej sylwetki. Jedne podejście to za mało, aby pojąć tajniki tej metody dziergania. Koniecznie jeszcze powtórzę przygodę z tym ramieniem, możliwe, że poćwiczę to na jakiejś kamizelce. Cały sweter pochłonął 320 g włóczki, robiony drutami nr 3,75.

                 W sierpniu mój blog zaliczył jubileusz, całe dziesięciolecie minęło od jego założenia. Nawet sama przegapiłam tę datę.  Więc dzisiaj z tej okazji życzę sobie, abym nigdy nie zawiodła i nie rozczarowała swoich czytelników, którzy wiernie mi towarzyszą i motywują mnie do pisania.                                                  

                                                                                                            

      Wszystkim tu zaglądającym życzę, aby was otaczały piękne jesienne obrazy , mili ludzie, dobra literatura i ciekawe hobby.