Póki dorożka dorożką,
a koń koniem, dyszel dyszlem,
póki woda płynie w Wiśle,
jak tutaj wszyscy jesteście,
zawsze będzie w każdym mieście,
zawsze będzie choćby jedna,
chćby nie wiem jaka biedna:
ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ.
/ K.I.Gałczyński/
Skoro taki tytuł, to będzie o Krakowie. Obiecałam sobie jak również tu zaglądającym, że opiszę moje wrażenia z ostatniej podróży do tego miasta.
Ale zacznę z daleka. Nie wszyscy z tych, kto trafił na ten post wiedzą, że jestem rodowitą wilnianką, dotychczas mieszkającą w jednym z najładniejszych miast świata. Ponieważ na Litwie nawet za sowietów mieliśmy polskie szkoły, oczywiście poszłam do takowej. 11 lat nauki, kiedy wszystkie przedmioty( oprócz rosyjskiego i litewskiego języków) były wykładane po polsku, oraz księgarnia literatury międzynarodowej, gdzie największym działem był z literatura polską, zrobiły swoje. A mianowicie Polska, ten kuszący mnie kraj wydawał się "rajem" na ziemi. U pracownic kiosków z prasą udawało się wyprosić, aby zostawiały pod ladą "Płomyczek", "Kobietę i życie", "Przyjaciółkę". Jakże kusił ten inny świat, inna moda, muzyka i wszystko inne. Tylko w latach osiemdziesiątych pierwszy raz pojechałam z mamą do rodziny, która po zesłaniu na Sybir nie wróciła na Litwę, a osiedliła się w Olsztynie. Dotychczas pamiętam euforię, która ogarnęła mnie już na dworcu kolejowym w Białymstoku, gdzie miałyśmy przesiadkę. Muzyką dla moich uszu były komunikaty, że "pociąg pośpieszny z......przy peronie...wjedzie na tor..." nadawane po polsku. A te kioski "Ruchu", gdzie było dużo kolorowych czasopism, ładnie opakowane mydełka i inne drobiazgi. U nas w kioskach była tylko prasa o osiągnięciach robotników i rolników w realizacji zadań wytyczonych przez partię. Nie muszę mówić, że zakochałam się w Polsce. Potem jeździłam co kilka lat, zwiedzałam różne miasta, Warszawę, Gdańsk, Malbork, ale moją "Mekką" pozostawał Kraków, do którego jakoś nie wiodły mnie drogi.
Kiedy moja ośmioletnia córka uczyła się w trzeciej klasie, dostała propozycję udziału w wycieczce z rówieśnikami do Krakowa. Gdy poszłam do szkoły na spotkanie rodziców z panią organizującą wyjazd usłyszałam, że są jeszcze wolne miejsca, i chętnie kogoś przyjmą, bo to obniży koszta wycieczki dla uczestników. Skorzystałam z okazji i uzgodniłam, że pojedzie razem mój jedenastoletni syn, który zazdrościł siostrze takiej przygody. Cieszyłam się bardzo, że moim dzieciom podwinęła się taka okazja. Przy omawianiu różnych spraw związanych z wyjazdem, pani zapoznała nas z dwiema rodzicielkami, które miały towarzyszyć dzieciom w wyprawie. I powiedziała, że mile byłaby widziana jeszcze jedna osoba do pomocy przy dzieciach. Nie wierzyłam swoim uszom, ale cicho wystękałam, że ja też jeszcze nie widziałam Krakowa. "Oczywiście, niech pani jedzie"- ucieszyła się organizatorka zadowolona, że dostaje do pomocy jeszcze jedną mamę, i to nauczycielkę z zawodu. Tak zaczynała się moja przygoda z Krakowem, która trwa do dzisiaj.
Mieliśmy cudowną podróż, dzieciarnia spisała się na medal, nawet mało mieliśmy z nimi problemów, bo czasami więcej kłopotów sprawiali dorośli. Zwiedziliśmy Wawel i dotykaliśmy dzwonu Zygmunta,w Wieliczce każde dziecko liznęło ścianę, aby przekonać się, że jest słona. Odwiedziliśmy Wadowice. Dzieciaków absorbowało wszystko, chcieliby wykupić wszystkie upominki w sklepikach przy zwiedzanych obiektach. Patrząc na córkę widziałam, ża zakochuje się się w Krakowie, tak jak ja kiedyś w Polsce.
Przed maturą w Wilnie moja Alicja już wiedziała, że z powodu wygranej w konkursie na wiedzę o Europie i Olimpiadzie polonistycznej ma zapewnione miejsce na studia w Polsce, na Uniwersytecie w Poznaniu. Nie było mowy, aby z tego rezygnować. Ale w głębi duszy marzył się jednak Kraków. No i w końcu dopięła swego, pojechała na rozmowę z dziekanem UJ, i została studentką na Jagiellońskim. Na studia córkę odwoził ojciec, więc tym razem spotkanie z Krakowem mnie ominęło.
Ponownie odwiedziłam miasto w 2011 roku. Nie tylko odwiedziliśmy Alicję, ale również uczestniczyliśmy w jubileuszowych imprezach Krakowskiego Centrum Ekspertyzy Sądowej. Kiedy mąż uczestniczył w konferencji, córka pokazywała mi "swój " Kraków. Uroczystości jubileuszowe odbywały się w kopalni soli w Wieliczce, i tam też w przepięknej sali, głęboko pod ziemią, był bal z tańcami do rana.
Następne kolejne nasze dwa przyjazdy do Krakowa były związane z odbiorem dyplomu magistra na UJ, i obroną pracy doktorskiej.
Studiując córka mieszkała w bursie, a potem wynajmowała mieszkania. Marzyło się własne, urządzone według swojego gustu. I w żadnym wypadku nie na obrzeżach miasta. I stało się. Akurat na kilka miesięcy przed pandemią Alicja przeniosła się do wyremontowanego swojego lokum. Kiedy pierwszy raz odwiedziliśmy córkę w lutym 2020 roku byliśmy mile zaskoczeni, że stojąc przed jej blokiem widzimy w oddali Wawel. Pogoda nam nie bardzo sprzyjała na zwiedzanie i wówczas postanowiłam, że przyjadę do córki latem sama, i będę chodzić, i chodzić ulicami Krakowa. No i aż na dwa lata moje plany się przesunęły z powodu lockdownu. Ale w tym roku nie przegapiłam okazji i w końcu maja na cztery dni przyjechałam do Krakowa. Autokarem z Wilna do Warszawy 8 godzin, i 2,5 godziny wygodnym pociągiem do celu.
Muszę przyznać, że teraz bardzo cieszyłam się , że córka ma mieszkanie w dzielnicy Zwierzyniec. Ma idealne miejsce na uprawianie sportu, dzielnica jest raczej spokojna, dobre połączenia komunikacyjne. Specjalnie zrobiłam zdjęcie z jednego punktu, kiedy raz fotografowałam widniejący blok, w którym mieszka Alicja, a potem po zwrocie na 180 stopni zrobiłam zdjęcie z widokiem na Wawel.
No i mogłam chodzić i chodzić ulicami miasta, upajać się jego atmosferą, pięknymi widokami , po prostu chłonąć wszystko.
Nie sposób ominąć Kazimierz, z jego szczególnym klimatem.




Życzę wszystkim tu zaglądającym udanych podróży, miłych wrażeń, ciepłych letnich dni.